Connect with us

CELEBRITY

Bo ja po prostu przesadzam. W graniu i we wszystkim innym. W latach 70. przez trzy miesiące codziennie dawałem trzy koncerty. Zacząłem mieć kłopoty ze zdrowiem, płuca i serce nie wytrzymywały. Moje zdrowie było w krytycznym stanie – opowiada Michał Urbaniak. Przypominamy rozmowę z naszego archiwum.

Published

on

Uśmiecha się pan jak człowiek spełniony.
– Bo powiem pani, że spełniły się wszystkie moje marzenia.

Już?
– Te dotychczasowe, bo oczywiście mam kolejne. Mając 15 lat wiedziałem, że będę mieszkał w Nowym Jorku. I że będę grał z najlepszymi jazzmanami. I to się spełniło.

Bardzo wcześnie zaczął pan na to pracować.
– Wychowałem się w Łodzi i tam skończyłem szkołę muzyczną. Na studia wyjechałem do Warszawy, bo na nasze jam session przyjechał mój idol Zbyszek Namysłowski i powiedział tak: “Gdybyś był w Warszawie, tobyśmy grali razem”. Zabrałem więc papiery, które zdążyłem już złożyć w Wyższej Szkole Muzycznej w Łodzi, i pojechałem do stolicy.

Sześć. Co ciekawe, moja mama i mój ojczym tego nie wiedzieli. Ojczym mówił: “Synku, możesz sobie grać, ale powinieneś zostać lekarzem albo prawnikiem. Jednak przyjaciółka mojej mamy, Zofia Irzykowska, bywała z mężem, dyrektorem Filharmonii, u nas w domu i któregoś dnia usłyszałem, jak mówi: “Irenko, Michaś musi zostać skrzypkiem, bo on ma talent”.

Skąd profesor Irzykowska to wiedziała?
– Tańczyłem w domu paso doble, improwizowałem. Codziennie w południe w radiu grała orkiestra, pamiętam nawet nazwiska takich muzyków jak Józef Steć czy Andrzej Wesołowski. Siadałem też przed adapterem i udawałem, że gram na klawiaturze, czasem nawet zaczynałem jeszcze przed orkiestrą.

I co rodzice na to?
– Mama kupiła mi pierwsze klasyczne skrzypce. Wiedziała, że muszą być porządne. Najpierw byłem do nich za mały, ale po dwóch latach były w sam raz. Do dzisiaj mam je w domu, ale już na nich nie gram, bo z czasem zmieniłem styl. Gram tylko na pięciostrunnych.

Potem dostałem saksofon. Trzeba było jechać po niego aż do Poznania, gdzie mama sprzedawała robione przez siebie rękawiczki. Jeździłem z nią, pomagałem nosić walizki i patrzyłem, ile mamy pieniędzy. Gdy się uzbierało około 12-13 tysięcy, krzyknąłem, że w Centrali Muzycznej jest saksofon Weltklang. Pobiegłem tam, a w środku był akurat remanent, przekleństwo komuny. Na szczęście w komisie za rogiem znalazłem inny saksofon, za 17,5 tysiąca. To była fortuna, ale mama wzięła zaliczki od sklepikarzy i zgodziła się je wydać. Od tamtej pory ćwiczyłem bez wytchnienia.

Zostałem nawet w domu zwolniony ze wszystkich obowiązków. Mogłem nic nie robić, bylebym tylko ćwiczył. Mogłem nawet nie chodzić do szkoły, z czego czasem korzystałem. I tak, mając 9 lat, zagrałem z orkiestrą symfoniczną. No a potem sięgnąłem po zakazany owoc, czyli jazz.

Skąd pan się o nim dowiedział?
– Kolega mi powiedział, że jest taka stacja radiowa na krótkiej fali, w której grają cudowną muzykę. Włączyłem i już wiedziałem, że to jest to. Nie spałem, tylko słuchałem radia. Słuchałem i nagrywałem na taką przystawkę magnetofonową przy gramofonie. Zakochałem się w tej muzyce, ale nie chciałem rezygnować ze swojej wirtuozerii. Bo ja byłem małym, młodym wirtuozem.

Jak to się objawiało?
– Zdałem konkursowy egzamin do światowej sławy profesora Tadeusza Wrońskiego, grając godzinny koncert. Jako nastolatek już dawałem recitale. I w Łodzi, i w Warszawie. W Łodzi kończyłem lekcje, oddawałem szatniarzowi skrzypce, a on mi oddawał mój saksofon. Później w Warszawie rano ćwiczyłem na skrzypcach, a po południu brałem saksofon i leciałem do Hybryd.

Trudno było panu wybrać któryś z tych instrumentów?
– Wprost przeciwnie. Chciałem udowodnić, że muzyka jest jedna. I do dzisiaj mawiam, że Bóg stworzył muzykę, a ludzie podzielili ją na kategorie.

Nadal intensywnie pan koncertuje.
– Przed publicznością występuję ponad 50 lat. Niektórzy grający ze mną muzycy są w szoku, kiedy nie układam programu koncertu albo planuję tylko trzy pierwsze utwory. Potem, zależnie od tego, jak się współgra z publicznością, improwizuję. Ktoś nowy w zespole potrafi zareagować słowami: “Co się dzieje?!”.

Myśli, że się pan pomylił albo zapomniał, co grać dalej?
– Mam w zespole taką zasadę – jak nie wiesz, co grać, to przestań grać. A jak wpadniesz na jakiś pomysł, to dołączaj.

Coś mi się wydaje, że pan jest w swoim zespole dość apodyktyczny. Musi być tak, jak pan chce?

– Jestem co najwyżej apodyktyczny w kultywowaniu wolności. Zawsze dobieram sobie takich muzyków, którzy w mig łapią moje podejście. Są tak dobrzy, że nawet jak zagram coś, czego nie planowaliśmy, oni pójdą za mną. I tak samo ja pójdę za którymś z nich.

Macie porozumienie telepatyczne?
– Szybko znajdujemy je, improwizując. W ten sposób powstało wiele naszych płyt. W studiu to czasem wychodzi, ale na żywo, na scenie, wychodzi zawsze. Bez tego ryzyka nie ma muzyki. Wiele zespołów potrzebuje dyktatora, by grać dobrą, ciekawą muzykę.

Jest pan dyktatorem?
– Cóż, jestem wymagający, stawiam poprzeczkę wysoko, bardzo wysoko. Gdy gramy z nut, mile widziane jest, by zagrać lepiej niż to, co sugeruje zapis na papierze. Z czasem stało się to zasadą. Oczywiście jak zespół jest nowy, trzeba się dotrzeć, ale wybieram ludzi tak utalentowanych i kreatywnych, że nie trwa to długo.

Granie jazzu porównuję do przechodzenia po wąskiej kładce nad przepaścią. Ja jeszcze nie spadłem, choć przyznam, że każdy koncert kosztuje mnie potwornie dużo emocji. I wysiłku fizycznego, miałem na scenie kilka kontuzji. Zwykle gramy godzinę i kwadrans, ale ostatnio graliśmy koncert przez ponad dwie godziny.

Był pan wyczerpany?
– Zawsze jestem, niezależnie od tego, ile gram. Wielu muzyków to przyznaje. Zmarły niedawno Zbyszek Wodecki opowiadał, że po każdym koncercie wykręcał koszulę. Ja też wykręcam. Bo w jazzie najważniejsze są serce i dusza.

Jak reaguje pan na negatywne recenzje?
– Jeżeli ta krytyka jest uzasadniona, mądra, przepuszczam ją przez moje filtry mózgowe. Zastanawiam się, czy nie ma w niej trochę prawdy. Ale jeśli ktoś się na jazzie nie zna i wygaduje kretyństwa, to się wkurzam. Jak nie rozumie jazzu, to niech się nie odzywa. Bzdury odrzucam.

Proszę powiedzieć, jak się pan znalazł w Nowym Jorku w latach 60.?
– To się dosłownie stało z dnia na dzień. Nieżyjący już Andrzej Trzaskowski przyszedł do Piwnicy pod Hybrydami, gdzie w zespole Jazz Rockers graliśmy ze Zbyszkiem Namysłowskim. “Chcecie grać w moim zespole?” – spytał. Popatrzyliśmy na siebie ze Zbyszkiem i odparliśmy jednocześnie: “Oczywiście”. “To jutro spotykamy się w ambasadzie amerykańskiej i potem jedziemy do Stanów”- oznajmił.

Tak po prostu?
– Dwa lata po tym, jak zacząłem grać na saksofonie. Nie wierzyłem w to, co się dzieje. W Stanach byliśmy jako najlepszy zespół jazzowy zza żelaznej kurtyny. Graliśmy na najważniejszych festiwalach jazzowych i usłyszeliśmy największych muzyków, a niektórych nawet poznaliśmy. Dwa miesiące, które spędziliśmy w Stanach, zmieniły moje życie. Bardzo chciałem tam zostać.

Z jakich powodów?
– Ucieczka od komuny to jedno, ale przede wszystkim dla muzyki, którą słyszałem tam na co dzień. Nieraz się budziłem w nocy i szczypałem, czy to nie sen. My, muzycy, mieliśmy łatwiej – mogliśmy pojechać za granicę i tam zostać.

Jak wylądowałem w Nowym Jorku 12 lat później , dostałem kontrakt z Columbią, co wydawało mi się wcześniej nieosiągalne. To renomowana wytwórnia muzyczna, w której nagrywał chociażby Miles Davies. I wszyscy słynni jazzmani. Do muzycznych sukcesów w Nowym Jorku przyczyniła się moja pierwsza żona, Urszula Dudziak. Była moją inspiracją. Gdy tylko coś w nocy naskrobałem, od razu jej pokazywałem. Była moją pierwszą recenzentką.

Po podpisaniu kontraktu zacząłem wieść zwyczajne życie nowojorczyka. To miasto, tak jak ja, jest otwarte na ludzi, wolne. Owszem, wszędzie są konwenanse, ale w Nowym Jorku jest ich najmniej.

Nie czuje się pan już warszawiakiem?
– Przez 29 lat nie przyjechałem do Polski. I nie wyobrażałem sobie, że będę tu z powrotem.

Że pan tu wróci?
– Słowa “wróci” nie używałbym w naszej rozmowie, ponieważ ja nigdy tu nie wróciłem i nigdy nie wrócę. Co roku gram i w Polsce, i w Stanach. Latam w jedną i drugą stronę. Martwię się, że mają się zmienić przepisy i nie będzie można brać laptopa na pokład samolotu lecącego do Stanów. Bo ja zawsze latam z laptopem, ja nawet z nim śpię. O każdej porze dnia i nocy muszę mieć go pod ręką, żeby zapisywać pomysły na utwory, które pojawiają się bez przerwy.

To mało pan sypia.
– W mojej głowie przez 24 godziny na dobę gra muzyka. Nieraz proszę: “niech ktoś wyłączy ten magnetofon”. Ale on się nie wyłącza. Kiedy pojawia się dobry pomysł, muszę wstać i go zapisać, choć jest czwarta nad ranem. Zaczynam notować, grzebię, grzebię, podnoszę głowę i jest już dziesiąta. Potrafię się zdrzemnąć 15 minut i już jestem odświeżony. Jestem holik. Wszystkoholik. Nie znam umiaru.

Click to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

CELEBRITY10 hours ago

“Princess in the Rain” — that’s the nickname social media is giving Princess Charlotte after this moment. 🌧️👑 In the rain, with no fuss and no theatrics, she does something small that somehow hits you right in the chest: Charlotte kneels down, calm and patient, gently soothing a distressed little one — like the world shrinks to one simple message: you’re safe. But there’s one tiny detail in the photo that makes it even sweeter… can you spot it?

CELEBRITY10 hours ago

White House crowd chants ‘four more years’ after Trump asks if he should run again

CELEBRITY11 hours ago

Prince William had a very non-regal response when he was first told about Meghan by his excited brother Harry.

CELEBRITY11 hours ago

Beata Ścibakówna zachwyca fanów zdjęciami z Miami, gdzie prezentuje swoją niesamowitą formę. Aktorka inspiruje do zdrowego stylu życia.

CELEBRITY11 hours ago

Dramatyczne nagranie z centrum Warszawy: taksówkarz używa gazu wobec pary z Ukrainy. Policja bada incydent, a firma odcina się od kierowcy.

CELEBRITY11 hours ago

Kacper Tomasiak, potrójny medalista olimpijski, ujawnia, komu zawdzięcza swoje sukcesy. Wzruszające podziękowania podczas powrotu do domu.

CELEBRITY11 hours ago

Dobre wieści👇

CELEBRITY11 hours ago

Wyszło na jaw!

CELEBRITY11 hours ago

Koszmar

CELEBRITY11 hours ago

🥇 Mikaela Shiffrin wywalczyła złoty medal w slalomie na igrzyskach olimpijskich we Włoszech. Obok sukcesu Amerykanki nie mogła przejść obojętnie Iga Świątek. Polka pokazała w sieci, jak wspierała słynną koleżankę 🔥 ➡️

CELEBRITY11 hours ago

Najlepszy wynik w historii Polski! I natychmiastowa nagroda, ależ bieg

CELEBRITY12 hours ago

Powitanie Kacpra Tomasiaka w Bystrej wywołało burzę komentarzy. Tłumy kibiców i polityków, a atmosfera… “straszny festyn”. Co poszło nie tak?

Copyright © 2025 USAtalkin