Connect with us

CELEBRITY

— To była nienormalna sytuacja. Żałuję do dzisiaj, że wtedy nie zrezygnowałem z uprawiania żużla — wyznał nam trzykrotny drużynowy wicemistrz Polski, Henryk Bem. Nawet po latach rośnie mu ciśnienie gdy przypomina sobie, co stało się z wielkim ROW-em Rybnik ➡

Published

on

To była nienormalna sytuacja. Żałuję do dzisiaj, że wtedy nie zrezygnowałem z uprawiania żużla — wyznał nam trzykrotny drużynowy wicemistrz Polski, Henryk Bem. Nawet po latach rośnie mu ciśnienie gdy przypomina sobie, co stało się z wielkim ROW-em Rybnik. Jeszcze w 1990 r. cieszył się z kibicami ze srebrnego medalu w lidze, by rok później przełknąć gorycz degradacji. – To była sztuka, żeby czegoś takiego dokonać – przyznał.

Tak jak czytelnicy powieści Henryka Sienkiewicza zachwycali się Michałem Wojodyłowskim, tak kibice ROW-u Rybnik w latach 80. i 90. też mieli swojego “małego rycerza”. Swą walecznością, zaciętością i sprytem pod taśmą ich serca potrafił podbić Henryk Bem. Przez lata jeden z najlepszych rezerwowych w ówczesnej I lidze (teraz PGE Ekstralidze) i miał udział w czterech medalach wywalczonych przez rybniczan w drużynowych mistrzostwach Polski. Trzy razy był wicemistrzem, a raz brązowym medalistą.

Jak to się w ogóle wszystko zaczęło? — rozpoczęliśmy rozmowę z Henrykiem Bemem.

Wszystko się zaczęło od miłości do tego sportu, a zaraził mnie nią, może trochę nieświadomie, ojciec. On był wielkim fanem żużla i od małego mnie wciągał. Regularnie jeździł na mecze ROW-u, kibicował, a kiedyś sam nawet chciał zostać zawodnikiem, ale rodzice się nie zgodzili.

Czyli nie miał pan takich problemów, jak np. bracia Skupieniowie, że rodzice nie chcieli się zgodzić.

Nie, takiego problemu nie było. Aczkolwiek matka nie była zachwycona tym pomysłem. Moim pomysłem oczywiście, bo to nie było tak, że mnie ktoś namawiał. Wszystko wypłynęło z mojej strony. Ojciec, gdy mu powiedziałem o swojej decyzji, bardzo się ucieszył. Może nawet się tego nie spodziewał, bo nie byłem jakimś herosem zdradzającym cechy waleczności, zaciętości, odwagi. Byłem skromnym dzieckiem, ale cały czas w głowie tlił mi się ten żużel. Od małego jeździłem na dwóch kółkach. Począwszy od roweru, z którym prawie się nie rozstawałem, przez motorower, aż po motocykle. Ojciec jeździł na CZ-tce, potem ja przejąłem ten motor i tak się rozwijało.

Bardzo dużo. To przecież były lata fascynacji żużlem w Rybniku. Dużo chłopaków się tym sportem interesowało, bo cóż innego było robić w Rybniku? Zapisałem się w 1979 r. i z tego jednego naboru było nas około 60!

Zobacz także:Kolejne trzęsienie w Stali Gorzów! Potwierdził się czarny scenariusz
A ilu się przebiło?

Zostało nas trzech, bo sito było bardzo gęste i szybkie. Odrzucano natychmiastowo. Pierwszy odsiew już był na takiej piaskownicy przy elektrowni. Trener Jerzy Gryt zaprosił nas wszystkich i kazał przyjechać na jakimś swoim pojeździe dwukołowym. Kto nie miał swojego motocykla, mógł dobrać się z kimś w parę tak, żeby miał na czym wystartować. Szkoleniowiec przygotował taki prowizoryczny tor przeszkód. Trzeba było trochę po piasku pojeździć, trochę po górkach i tam już ponad połowa odpadła. Momentalnie! To trwało godzinę, może półtorej i już połowy adeptów nie było. Nie wiem czy to było rozsądne, bo ktoś mógł mieć po prostu pecha podczas tej jazdy, ale tak było i koniec.

Zakwalifikowaliśmy się do treningów na torze żużlowym, ale po dwóch zajęciach zostało nas już dziesięciu, a po kolejnych dwóch treningach sześciu. Ostatecznie szkolić w kierunku licencji zaczęło się nas tylko trzech: Janusz Grolik, Mirosław Smołka i ja. Przy czym ten pierwszy wracał do żużla po 5-letniej przerwie spowodowanej pobytem w więzieniu. Kiedyś bowiem na dyskotece, podczas bójki, kogoś niechcący zabił. Muszę przyznać, że przez pierwsze dwa miesiące to Grolik był dla mnie numerem 1. Wszystko błyskawicznie łapał, a ja go podpatrywałem i starałem się naśladować. Był już gotowy, żeby się ścigać. Niestety miał pecha, bo w okolicach lipca, a zaczynaliśmy w kwietniu, zaliczył upadek tak nieszczęśliwy, że pozrywał wszystkie więzadła w kolanie i już nigdy nie wrócił.

Debiut ligowy wypadł w kolejnym sezonie (1980). Pamięta pan szczegóły?

Wtedy był inny regulamin, niż teraz. Chyba dwa obowiązkowe biegi młodzieżowe trzeba było odjechać. Przypominam sobie tylko, że startowałem w parze z Antkiem Skupieniem i chyba jakieś punkty udało mi się zdobyć.

Faktycznie zadebiutował pan w dwóch biegach młodzieżowych w sierpniowym meczu ze Spartą Wrocław i w parze z Antonim Skupieniem zdobył dwa punkty. Potem bez sukcesu pojechał w jeszcze jednym biegu w spotkaniu wyjazdowym z Włókniarzem Częstochowa i na tym koniec. ROW wtedy był bardzo mocny, sięgnął po wicemistrzostwo Polski. Chciałem więc spytać czy dostał pan ten medal?

Oczywiście. W końcu jakiś udział niewielki w tym wyniku miałem. W sumie w całej karierze za dużo tych medali mistrzostw Polski nie mam, bo tylko sześć (poza czterema w lidze jeszcze: srebro DMPJ w 1984 r. i brąz w MPPK w 1985 r. — przyp. red.). Niestety nie była to szczęśliwa kariera. Zawsze czegoś brakowało, żeby sięgnąć po jakieś indywidualne tytuły, ale tych drużynowych krążków parę jest. A z pierwszego sezonu pamiętam jeszcze swój pierwszy puchar. W trakcie każdego domowego meczu juniorzy rozgrywali bowiem takie dodatkowe biegu o Puchar Prezesa Klubu. Udało mi się nazbierać w nich najwięcej punktów i pokonać bardziej doświadczonych kolegów.

Pierwszym idolem był szkółkowicz Grolik, a kto kolejnym? W ROW-ie roiło się przecież wtedy od gwiazd.

Czasem podczas meczów pełniłem rolę gracarza. Było to niepotrzebne zajęcie, ale miało ten plus, że można było podpatrywać zawodników od wewnętrznej strony toru, z paru metrów dosłownie. Wtedy takim wzorem był dla mnie Grzegorz Szczepanik, który na naszym rybnickim torze bardzo ładnie technicznie jeździł. Nie był to czołowy zawodnik ROW-u. Byli dużo lepsi jak Andrzej Tkocz czy Piotr Pyszny, ale mnie akurat jego styl podobał się najbardziej. On miał wcześniej krótki epizod angielski i imponował mi sylwetką. Na naszym twardym, równym, bez większych kolein torze, czuł się świetnie. Oczywiście dziś ten tor by był uznany za trudny (uśmiech), bo obecnie zawodnicy jeżdżą po gładziutkich stomach.

Gdyby poszedł do psychologa, to by go wyśmiali!
A co się stało, że ten ROW, który w 1980 r. zdobył srebro, dwa sezony później spadł z ligi? Co nie działało?

Dużo rzeczy nie działało, a przede wszystkim kadra się kruszyła. Srebro było jeszcze oparte na starszych zawodnikach, takich jak Antoni Fojcik czy Andrzej Tkocz, Staszek Kiljan, Grzegorz Szczepanik czy Andrzej Węgrzyk. Dwa lata później albo już ich nie było, albo spisywali się już znacznie słabiej. Nie potrafię powiedzieć czy mieli jeszcze jakieś problemy sprzętowe, ale wydaje się to oczywiste. Trudno przecież sobie wyobrazić gorszy okres do rozwoju sportowego. W grudniu 1981 r. zaczął się stan wojenny i totalna zapaść gospodarcza. Jakiekolwiek kontakty z żużlowym światem były niemożliwe, co się wiązało z brakiem dopływu lepszych części: tarczek do sprzęgła, linek itp.

Po spadku nastąpił szybki powrót i w tym sezonie (1983) zaczął pan już odgrywać ważną rolę, bo rozgrywki II ligi przejechał ze średnią 2,217 pkt/bieg.

Wydaje mi się, że zacząłem coś znaczyć już rok wcześniej, bo jako 20-latek zacząłem jeździć w tych różnych Pucharach Przyjaźni i nabierać trochę objeżdżenia i po prostu nauczyłem się trochę życia. To mi dało bardzo dużo, chociaż to była tylko Europa Wschodnia, nie było kontaktu z zawodnikami z Zachodu. Może na papierze nie było tego wtedy jeszcze widać, ale u mnie już, wewnątrz, wielkie zmiany się działy. Te wyjazdy naprawdę dużo mi pomogły.

W 1985 r. był pan już jednym z liderów. Trzecia średnia w zespole (2 pkt/bieg), po Piotrze Pysznym i Bronisławie Klimowiczu i to w najwyższej klasie rozgrywkowej (I liga).

Wiązało się to, że wreszcie miałem dostęp do dobrego sprzętu i z rozwojem mentalnym. O ten rozwój osobisty nie było tak łatwo jak teraz, bo wtedy nie było takiej świadomości kadry trenerskiej. Dzisiaj młodzi ludzie mają dostęp do wszelkiej maści fizjoterapeutów, dietetyków, psychologów itd. Gdyby w naszych czasach koledzy się dowiedzieli, że ktoś poszedł do psychologa, to od razu by był na cenzurowanym, wyśmialiby go. To był temat tabu, przynajmniej w naszym środowisku. Teraz, jak człowiek patrzy na to z perspektywy czasu, to takie podejście to była katastrofa. Wielu kolegom przydałaby się taka pomoc. Mnie może nie zawsze, ale też miałem jakieś spadki formy, dołki psychiczne. Na pewno by to mi pomogło. Wtedy jednak była inna świadomość. Nawet gdyby padła taka propozycja ze strony trenerów, to nikt by takiej pomocy nie przyjął.

W młodym wieku radzenie sobie z presją nie jest takie trudne. Jeśli jest się sprawnym i dobrej formie fizycznej, to wystarczy się skoncentrować, pewne rzeczy sobie w głowie poukładać i być pewnym siebie na torze. Większe problemy pojawiają się z wiekiem. Wtedy presja, która w sporcie zawodnikowi towarzyszy zawsze, staje się czasem deprymująca. Jak się jednak już stoi pod taśmą, to już jest za późno, żeby pójść na dyskotekę (śmiech). Gdy człowiek jest starszy to więcej myśl. Nie tylko np. o zagrożeniu związanym ze sportowym wynikiem, ale też o tym związanym z ewentualną utratą zdrowia. Ktoś kto nigdy nie uprawiał tego sportu może tego nie rozumieć, ale to jest straszny hamulec ręczny. Jak z tym sobie człowiek nie poradzi, to nie ma szans na torze.

Click to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Copyright © 2025 USAtalkin