CELEBRITY
Historia Anastazji pokazuje, jak marzenie o lepszym życiu może zamienić się w koszmar. Co wydarzyło się na warszawskich ulicach?
18-letnia Anastazja przyjechała do Polski w odwiedziny do znajomych. Nasz kraj szybko ją zauroczył. Dziewczyna chciała zostać tu na dłużej, legalnie pracować i zacząć samodzielne życie. Jednak zamiast normalnego zatrudnienia, wpadła w sidła narkotykowych ukraińskich przestępców. W jednym z domów na warszawskim Ursynowie była więziona, kontrolowana i zastraszana przez ludzi prowadzących narkotykowe “call center”. Dziś 18-latka leży w ciężkim stanie w szpitalu, bo radiowóz, którym jechała wraz z koleżanką i trójką policjantów, rozbił się na ulicach stolicy. Reporter “Faktu” o całej sprawie rozmawiał z mamą dziewczyny i adwokatem Tymoteuszem Paprockim, który zajmuje się sprawą poszkodowanej nastolatki.
Ta historia pokazuje, jak łatwo marzenie o lepszym życiu może zamienić się w koszmar, gdy za ofertą pracy kryją się przestępcy gotowi wykorzystać naiwność, strach i brak znajomości realiów w obcym kraju. Tak było właśnie w przypadku 18-letniej Anastazji z Ukrainy.
16 stycznia na skrzyżowaniu ulic Leszno i Okopowej policyjny radiowóz zderzył się z pojazdem cywilnym. Jak informowała policja, dzień wcześniej zakończono szeroko zakrojoną akcję wymierzoną w gang zajmujący się handlem ludźmi oraz przestępczością narkotykową. Zatrzymano dwie osoby, a dwanaście deportowano. Dziewięcioro obywateli Ukrainy zostało objętych statusem pokrzywdzonych jako ofiary pracy przymusowej. Wśród nich była Anastazja.
Dziewczyna w listopadzie 2025 r. przyjechała do Polski odwiedzić znajomych. Zatrzymała się w Katowicach. 18-latce spodobało się tu i postanowiła zostać dłużej. Kobieta początkowo pracowała na fabryce, ale bardzo chciała przenieść się do stolicy. Pod koniec 2025 r. przeprowadziła się do Warszawy i zaczęła szukać pracy. Na Telegramie trafiła na ogłoszenie — praca biurowa, lekka, przy komputerze. Nie do końca wiedziała, o co chodzi, ale osoby zajmujące się rekrutacją zapewniały, że to nie jest ciężka praca. Anastazja pojechała więc na miejsce, aby dowiedzieć się więcej o warunkach i wynagrodzeniu. Kiedy przekroczyła drzwi domu, wszystko się zmieniło.
Dom na warszawskim Ursynowie, do którego trafiła Anastazja, nie był oficjalnym biurem. To piętrowy budynek, położony w pobliżu innych zabudowań wielorodzinnych, który stał się dla niej więzieniem. Według tego, co mówi młoda dziewczyna, została tam uwięziona, nie mogła nigdzie swobodnie wyjść, dzwonić do nikogo, a jej telefon był regularnie sprawdzany. Kontakt z rodziną został ograniczony do minimum.
Z tego, co mi córka powiedziała, cały czas sprawdzali telefony w tym domu. Nie można było spokojnie porozmawiać ani mówić, co to za praca. Była zmuszona do pracy. Nie można było samemu opuszczać tego domu — mówi mama dziewczyny.
Jedzenie było dostarczane, a zakupy — kontrolowane. Jeśli ktoś chciał wyjść z tego domu, to tylko do sklepu obok i pod nadzorem. — Mówili, że jak wyjdzie, to będą konsekwencje. Straszyli i grozili. Klucze od drzwi miał tylko wynajmujący. Czasami Anastazji udało się zadzwonić, ale rozmowa była krótka i zawsze w strachu — opowiada pani Tatiana.
W domu z 18-letnią Anastazją przebywało jeszcze 23 osoby. Wszyscy byli zmuszani do nagabywania klientów, aby interes narkotykowy się kręcił. Do swojej pracy używali laptopów i telefonów, za pomocą których kontaktowali się z potencjalnymi zainteresowanymi poza granicami naszego kraju. Sprzedaż narkotyków nie odbywała się w Polsce. Grupa była tylko pośrednikiem i załatwiała kontakty.
Członkowie grupy działającej na Ursynowie za wykonaną pracę obiecywali tygodniówki, ale tak naprawdę nikt nie dostał ani grosza. Sprawa wyszła na jaw, bo jednemu z mężczyzn udało się uciec i powiadomić policję. Funkcjonariusze natychmiast rozpoczęli działania. Do akcji zaangażowano policjantów z Mokotowa, Ursynowa, Wilanowa, Oddziały Prewencji w Warszawie, Wydział Ruchu Drogowego, Kontrterrorystów i funkcjonariuszy Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości. W czasie akcji zatrzymano łącznie 22 osoby w wieku od 18 do 34 lat.
Dwóm osobom, obywatelom Ukrainy w wieku 24 i 34 lat przedstawiono zarzuty dotyczące udziału w zorganizowanej grupie przestępczej o charakterze zbrojnym, której celem było popełnianie przestępstw m.in. w zakresie wytwarzania, przemytu i obrotu znacznymi ilościami środków odurzających, odpłatnego udzielania narkotyków, a także przestępstw handlu ludźmi i wykorzystywania osób znajdujących się w szczególnie trudnej sytuacji życiowej, w tym uchodźców wojennych. Za te przestępstwa może im grozić nawet do 25 lat pozbawienia wolności — poinformowała asp. szt. Marta Haberska z Komendy Policji Warszawa-Mokotów.
Sąsiedzi i właściciel domu nic nie wiedzieli o narkobiznesie
Reporter “Faktu” pojechał pod wskazany adres, gdzie prowadzona była nielegalna działalność. Rozmawiał też z właścicielem domu, w którym urzędowała grupa przestępcza. Mężczyzna twierdzi, że nic nie wiedział o narkobiznesie i call center.
Proszę pana, 16 listopada 2025 r. wynająłem notarialnie dom o powierzchni 180 m/kw za ponad 7 tys. zł miesięcznie trójce Ukraińców. Potem, nie wiem skąd, pojawiła się tam reszta. Nic nie wiedziałem, że prowadzą tam nielegalny biznes. Raz tylko tam byłem, bo mieli problem z korkami. Teraz dopiero dowiedziałem się z mediów, że był tam narkobiznes. Tu nic się nie działo, nikt z sąsiadów nie zgłaszał, że coś się tam dzieje — mówi właściciel domu.
To samo mówią sąsiedzi, którzy twierdzą, że widzieli tu sporo osób, ale było cicho i nikt nie zauważył nic podejrzanego.
— W tym domu było sporo ludzi, ale tu się nic niepokojącego nie działo. Było cicho i spokojnie — tłumaczy jeden z pobliskich mieszkańców.
Po wejściu policji do budynku funkcjonariusze zatrzymali przebywające tam osoby, w tym Anastazję. Dziewczyna została przewieziona na komendę, przesłuchana i osadzona w policyjnej izbie zatrzymań. Po upływie 30 godzin wraz z koleżanką została wsadzona do radiowozu w asyście trzech policjantów. Jak twierdziła, w trakcie podróży radiowozem siedziała na środkowym, tylnym siedzeniu, a na rękach, skutych z tyłu, miała zaciśnięte kajdanki. Obok niej siedziała koleżanka i policjant.
Policyjny samochód miał jechać bardzo szybko. Na skrzyżowaniu ulic Leszno i Okopowej, nieoznakowany policyjny Opel, który poruszał się z włączonymi sygnałami pojazdu uprzywilejowanego, został uderzony przez osobową Skodę w lewe drzwi. Doszło do wypadku, a dziewczyna w ciężkim stanie trafiła do szpitala. Anastazja ma uszkodzoną miednicę, połamanych 16 żeber i usuniętą śledzionę. Obecnie w dalszym ciągu leży na oddziale intensywnej terapii. Jak twierdzi mama dziewczyny, Anastazja może już nie stanąć na nogi. Kobieta ma żal do policjantów, że w trakcie czynności nie zadbali o jej bezpieczeństwo.
Jechała w kajdankach, które miała mocno zaciśnięte na nadgarstkach. Dotąd ma ślady po nich. Mało tego. Nie miała pasów, co spowodowało u niej takie obrażenia. Dlaczego policjanci nie zadbali o bezpieczną podróż mojej córki — pyta załamana mama 18-latki.
Tymoteusz Paprocki, adwokat, który zajął się sprawą Anastazji, zapowiedział, że zamierza bardzo szczegółowo przyjrzeć się okolicznościom wypadku. Jego zdaniem w tej sprawie jest wiele niejasności, które muszą zostać wyjaśnione.
