Connect with us

CELEBRITY

Rola matki szokuje 😱

Published

on

Grzegorz B., rzekomy przyjaciel rodziny, znęcał się nad 2-letnią Leną oraz półrocznym Maksem. W wyniku jego działań chłopiec zmarł, a dziewczynka do dziś boryka się z różnymi problemami zdrowotnymi. Mężczyzna pod nieobecność rodziców podduszał ją i maltretował, a potem opowiadał, że sprawiało mu to satysfakcję, bo widok wystraszonego dziecka działał na niego odstresowująco. Zdaniem sądu i prokuratury, nie tylko on jest jednak winien dramatu maluchów. Zarzuty postawiono także Karinie B., matce Maksa i Leny, która nie opiekowała się nimi należycie.

Do szokujących wydarzeń doszło w lipcu 2017 roku, w jednym z mieszkań przy ulicy Krajobrazowej w Rzeszowie. Zaczęło się od wezwania służb ratunkowych, którym po przybyciu na miejsce ukazał się dramatyczny widok maltretowanych dzieci. Półroczny Maksymilian z licznymi obrażeniami ciała trafił do szpitala. Jego stan był krytyczny. Do placówki trafiła także jego siostra Lena, u której policjanci również stwierdzili rany. Mimo usilnych starań lekarzy i personelu medycznego, najmłodszego dziecka nie udało się uratować. Maks zmarł w szpitalu, Lena przeżyła. Szybko doszło do zatrzymania rodziców dzieci, którymi byli 23-letnia Karina B. oraz 26-letni Ryszard B. Szczególną rolę w całej sprawie odgrywała jednak osoba postronna: Grzegorz B., rzekomy przyjaciel rodziny, któremu zdarzało się opiekować dziećmi pod nieobecność rodziców.

W toku śledztwa ustalono, że mąż Kariny wyprowadził się z domu kilka tygodni wcześniej. Nie miał więc pod opieką dzieci na co dzień, choć odwiedzał je systematycznie. Rodzina miała założoną niebieską kartę i była znana lokalnym służbom oraz różnym instytucjom pomocowym. Nikt w porę nie dostrzegł koszmaru, który miał rozgrywać się za zamkniętymi drzwiami.

Na przestrzeni czasu kilkakrotnie zmieniały się ustalenia funkcjonariuszy, a prokuratura zmieniała zarzuty stawiane osobom podejrzanym w tej sprawie. Początkowo Karina i jej mąż Ryszard zostali zwolnieni do domu, nie usłyszawszy żadnych zarzutów. O śmierć półrocznego Maksymiliana oskarżono jedynie 40-letniego Grzegorza B. To on usłyszał zarzut zabójstwa chłopca. Mężczyzna w przeszłości zatrudniał ojca maluchów, był jego byłym pracodawcą. Serwis „Rzeszów News” ustalił, że jeszcze tego samego dnia wszystko zmierzało do postawienia zarzutów matce dziecka, ale finalnie jej zeznania wywróciły ustalenia służb do góry nogami. – Dowodowo, sytuacja była patowa – przyznawał Łukasz Harpula, szef Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie.

Jak wynikało z zeznań Kariny B., Grzegorz miał czasem zajmować się dziećmi. Kiedy został zatrzymany przez policjantów, zaprzeczał, jakoby miał cokolwiek wspólnego z obrażeniami wykrytymi na ich ciałach. Winą obarczono więc matkę, której linia obrony wydawała się mało wiarygodna. Zgodnie z jej słowami, o wielu rzeczach miała nie wiedzieć, lecz śledczy mówili, że trudno w to uwierzyć.

Dopiero złamanie Grzegorza podczas przesłuchania przez dwóch prokuratorów dało efekty. Mężczyzna, wzięty w krzyżowy ogień pytań, obiecał współpracę z mundurowymi. Wtedy opowiedział przerażającą historię, która nawet doświadczonych funkcjonariuszy wprawiała w osłupienie. To on od półtora roku miał znęcać się nad 2,5-letnią wówczas Lenką oraz półrocznym Maksem. Nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego to robił. Dwoił się i troił, by rodzice o niczym się nie dowiedzieli. Stosował takie techniki maltretowania, by wszystko ukryć.

– Wykorzystywał moment, kiedy zostawał sam w domu z dziewczynką. Dokuczał jej, przyduszał Lenkę, szarpał ją. Satysfakcję sprawiało mu to, że widział w oczach dziecka przerażenie. To go odstresowywało. Mężczyzna wiedział, że dziewczynka się go bała – mówił prokurator Łukasz Harpula w rozmowie z portalem „Rzeszów News”. Śledczy ustalili, że podejrzany miał stosować przemoc wobec dziewczynki kilkadziesiąt razy.

Pokój Zbrodni – Wojtuś miał tylko 7 miesięcy. Zmarł od ciosów w głowę. Sąd nie miał litości dla ojca

W dniu, w którym Maks stracił życie, zwrócił się także ku niemu. Twierdził jednak, że nie chciał zabić chłopca. Najpierw podstępem wywabił matkę z mieszkania. Powiedział Karinie, żeby poszła na zakupy, a on w tym czasie zajmie się maluchami. Celowo wysłał ją jeszcze po przesyłkę, którą ktoś miał przywieźć na stację benzynową. W rzeczywistości żadnej paczki nie było, lecz on chciał, by matka pozostawała nieobecna jak najdłużej, żeby mógł znowu znęcać się nad Leną.

Karina B., podobno niczego nieświadoma, posłuchała i opuściła mieszkanie. Koszmar dzieci rozpoczął się po raz kolejny.

Mała Lenka nie mogła postawić się starszemu mężczyźnie. Jej gehennę przerwał płacz młodszego brata, który ściągnął Grzegorza do innego pokoju. Podejrzany miał wyjąć chłopca z łóżeczka, twierdząc, że próbował go uspokoić. Karina nagle zadzwoniła na jego komórkę, chciała przekazać, że żadnej paczki na stacji nie ma. On miał się wystraszyć, niemal podskoczył, bojąc się przyłapania. Z rąk wypadł mu niemowlak – tak twierdził.

– Chłopiec upadł, uderzając głową o podłogę. Mężczyzna próbował reanimować Maksymiliana, potrząsał dzieckiem, a potem odłożył chłopca do łóżeczka. Gdy matka wróciła, Grzegorz B. nic jej nie powiedział. Nie wyjawił, co się stało i pojechał do swojego domu – relacjonował prokurator Łukasz Harpula. Maksymilian przestał płakać, stawał się za to coraz bardziej siny. Karina B. w końcu to zauważyła i wezwała pogotowie. Sekcja zwłok wykazała, że półroczny chłopiec doznał krwiaka mózgu, miał dwa pęknięcia czaszki i złamane żebra. Jego stan był krytyczny, reanimację przeprowadzono jeszcze w karetce. Po przewiezieniu do placówki medycznej, dziecko zmarło następnego dnia.

Grzegorz B. postawiony przed prokuraturą przyznał się do znęcania nad Lenką. W przypadku Maksymiliana zaprzeczał jednak, by jego działanie było celowe. Przekonywał mundurowych, że to był nieszczęśliwy wypadek, że nie chciał nikogo zabić, ale po upadku Maksa spanikował, dlatego uciekł z miejsca zdarzenia. Przeczyły temu opinie biegłych, którzy stwierdzili, że śmierć chłopca nie nastąpiła w wyniku nieszczęśliwego wypadku, a celowego działania osób trzecich.

Finalnie 40-latek usłyszał więc zarzut zabójstwa chłopca. Śledczy oskarżyli go także o znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem nad dziewczynką.

Jak to możliwe, że nikt wcześniej nie zauważył cierpienia dzieci? Zdaniem służb, znęcanie się nad samą Lenką miało trwać półtora roku. To ogrom czasu. W przeszłości Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej założył rodzinie niebieską kartę, a rodzice maluchów byli pod lupą policjantów. Ze zgłoszenia wynikało, że to rzekomo ojciec miał znęcać się nad Leną. Postępowanie zaprzeczyło jednak tym doniesieniom. Czy to możliwe, że już wtedy dziewczynka była maltretowana, ale przez Grzegorza B., a nie – jak sądzono – przez Ryszarda? To nie był zresztą jedyny taki „dziwny przypadek”. Jakiś czas wcześniej Lena przebywała w szpitalu z połamanymi nogami. Wówczas tłumaczono się, że spadła z huśtawki na placu zabaw. Sprawa także została umorzona. Już w tamtym okresie prokuratura zapowiadała, że drobiazgowo przeanalizuje pracę policjantów, w tym dzielnicowego, kuratora oraz instytucji odpowiedzialnych za prowadzenie nadzoru nad tą rodziną. Rzeszowski MOPS zapewnia, że nie pozostawał bierny w tej sprawie. To z ich inicjatywy założono niebieską kartę, złożono też wniosek do prokuratury o znęcanie się. Niewykluczone, że nie zadziałały kolejne kroki, w tym te, które powinien podjąć sąd rodzinny. Nikt nie spodziewał się, że to Grzegorz B., osoba z zewnątrz, może maltretować dzieci.

On był przebiegły i dosyć inteligentny. U matki wzbudził na tyle zaufania, że pozwalała mu opiekować się jej dziećmi. Dziewczynka z kolei była tak przerażona, że bała się mówić – oceniał dla portalu „Rzeszów News” Konrad Wolak, wiceszef Komendy Miejskiej Policji w Rzeszowie.

Grzegorz B. miał zdaniem śledczych idealnie wykorzystywać psujące się między rodzicami dzieci relacje. Cierpienie Lenki sprawiało mu przyjemność. Zgodnie z ustaleniami, mężczyzna miał wyginać dziewczynce nóżki, ciągnąć ją za włosy i ucho, podstawiać nogi, by się przewracała. Podejrzewano go o przypalanie jej papierosami, kilkakrotnie ją też podduszał. Brata Maksa miał z kolei szarpać i nim potrząsać, uderzać czymś w okolice twarzy, tułowia i głowy. Połamał mu również żebra, wcale nie w wyniku wypadku. – Sprawiało mu to satysfakcję, odstresowywało go to, że widział u dziecka przerażenie i strach. Takie zdarzenia miały miejsce kilkadziesiąt razy. Grzegorz B. chętnie zostawał sam z dziećmi pod pozorem opieki, żeby znęcać się nad nimi – relacjonował prokurator Łukasz Harpula.

I choć Karina B. najpierw miała usłyszeć zarzut zabójstwa dziecka, a później – podobnie jak ojciec maluchów – stała się świadkiem w sprawie, to ostatecznie jej rola w procesie uległa kolejnej zmianie. Okazało się, że brak wiary w to, że przez półtora roku najbliżsi nie zauważyli cierpienia własnych dzieci, był słuszny. Śledztwo, przekazane do prokuratury w Lublinie, wykazało że matka miała pomagać Grzegorzowi B. w popełnianiu przestępstw. W lutym 2018 roku usłyszała zarzuty pomocnictwa. Sama też miała znęcać się nad córką, poprzez zwracanie się do niej słowami powszechnie uznawanymi za obelżywe. Dodatkowo szarpała nią i zaniedbywała. Prokuratura oskarżała kobietę także o to, że gdy Lenka zachorowała, ta nie zaprowadziła jej do lekarza, co doprowadziło do ciężkiego zapalenia oskrzeli u dziecka. Karina dołączyła do Grzegorza B. w tymczasowym areszcie, zgodnie z decyzją sądu. Później przychodziła na rozprawy z wolnej stopy. Cały Rzeszów, po ujawnieniu tych informacji, ponownie przeżył wstrząs.

Click to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Copyright © 2025 USAtalkin