CELEBRITY
Alarmujące braki karetek w Polsce zmuszają strażaków do pełnienia roli ratowników medycznych. Co to oznacza dla mieszkańców?
723 razy w 2025 r. łódzka straż pożarna wyjeżdżała do akcji jako karetka. Najwięcej jednego dnia aż 35 razy. — Zdarzyły się nam też transporty na szpitalne oddziały ratunkowe — mówi w rozmowie z “Faktem” bryg. Jędrzej Pawlak z łódzkiej straży pożarnej. Nie jest to odosobniony przypadek. W wielu regionach kraju bowiem brakuje karetek. W Ustce jest na przykład tylko jedna. W szczycie sezonu pojawia się dodatkowa, ale to wtedy i tak za mało, biorąc pod uwagę, ilu turystów jest w miejscowości i okolicach.
W połowie grudnia media obiegła informacja o sytuacji, w której zamiast ratowników medycznych do 50-letniej kobiety potrzebującej pomocy pojechali strażacy. Jak podawało TVN24, jedyna karetka w Ustce (woj. pomorskie) była wtedy niedostępna. Ratownicy dotarli dopiero 10 minut później. Kobiety nie udało się uratować. Ta tragedia sprawiła, że zaczęto głośniej mówić o sytuacji ponad 21 tys. mieszkańców gminy Ustka. O kłopotach z niewystarczającą liczbą karetek lokalne media informowały już na początku 2025 r. Nie zmieniło się jednak nic. Dodatkowa karetka pojawia się jedynie w okresie letnim od czerwca do sierpnia.
Jeśli karetka musi przetransportować pacjenta do szpitala w Słupsku, to trwa, zanim wróci do gminy. W tym czasie mieszkańcy zostają bez ani jednego ambulansu. Strażacy są ich jedyną nadzieją.
Pomagamy, do czasu przyjazdu ratowników. To zwykle trwa 10-15 minut. Mamy ratowników w swoich szeregach. Nasi ludzie są chętni do pracy, czują powołanie, więc nie narzekamy. Jest, jak jest. Wiadomo, że lepiej jakby karetek było więcej. Zobaczymy, czy uda się to zmienić
— mówi w rozmowie z “Faktem” kpt Piotr Basarab ze straży pożarnej w Słupsku.
Czytaj też: Pogrzeb Katarzyny Smykał-Jankowiak w piątek. Znamy termin ostatniego pożegnania
Jednocześnie przyznaje, że działania, do których strażacy są wzywani, są tak wszechstronne, że gaszenie pożarów to zaledwie 30 proc. z nich.
Trzeba pamiętać że chociaż strażacy są przeszkoleni, to nie mają oni sprzętu medycznego i teoretycznie nie mogą transportować chorego do szpitala. TVN24 podaje, że ratownicy wielokrotnie mieli wysyłać pisma z prośbą o drugą karetkę dla Ustki do Wydziału Państwowego Ratownictwa Medycznego w Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku. Nic to jednak nie dało.
Bryg. Jędrzej Pawlak ze straży pożarnej w Łodzi przekazał “Faktowi”, że tylko w 2025 r. strażacy wyjeżdżali tam do akcji jako karetki 723 razy.
Najwięcej w Łodzi, bo 99 razy, ale trzeba pamiętać, że 17 z nich przypadło na 29 grudnia, kiedy była straszna ślizgawica. Tego dnia był nasz rekord. Aż 35 takich wyjazdów. Głównie do osób, które się przewróciły na oblodzonych chodnikach
— mówi bryg. Jędrzej Pawlak.
Podkreśla, że realnie największy problem w województwie jest w powiecie radomszczańskim. — 97 wyjazdów w 2025 r. Dalej plasuje się powiat piotrkowski z 66 — dodaje rozmówca “Faktu”.
Rozmawialiśmy ze strażakami i nieoficjalnie mówią oni o dwóch powodach. Jeden i to bardzo ważny to kwestia systemowa i faktycznie zbyt mała liczba ambulansów w niektórych częściach kraju. Wskazują jednak też na inną przyczynę. — Mówi się, że 90 proc. wyjazdów karetek to tzw. POZ, czyli podstawowa opieka, którą powinno się realizować u lekarza rodzinnego. Ludzie zbyt łatwo wzywają karetki, a potem brakuje ich dla pacjentów potrzebujących naprawdę pilnej pomocy lekarskiej — mówi nam anonimowo jeden ze strażaków z centralnej Polski.
Niektórzy mówią wręcz o załogach karetek pogotowia “mobilny lekarz”, tak poważny to jest problem i tak mocno jest nadużywane wzywanie ambulansów
— dodaje inny.
Wskazują też, że choć obowiązuje jeden numer 112 do wzywania pomocy, to część organizacji zachęca do dzwonienia bezpośrednio pod numer pogotowia ratunkowego. Nie ma wtedy koordynacji, czy trzeba wysłać służby i jakie. — My jeździmy po przedszkolach i szkołach i uczymy dzieci, że mają dzwonić pod 112, a potem inni robią coś takiego — irytuje się strażak, który porozmawiał z nami anonimowo.
Strażacy ratują poszkodowanych
— Tego dnia, gdy była ślizgawica, zrealizowaliśmy nawet trzy transporty na szpitalny oddział ratunkowy. Oczywiście odbywało się pod koordynacją PRM, bo my sami nie mamy tego uprawnień. Ale czas oczekiwania na karetkę był dwie godziny. Pacjenci musieli trafić do szpitala — mówi bryg. Jędrzej Pawlak.
Podkreśla, że mózg człowieka obumiera w ciągu pięciu minut, dlatego tak ważna jest pomoc pierwszych świadków zdarzenia i strażaków, jeśli są pierwsi ze służb na miejscu wypadku.
