CELEBRITY
Będziecie zaskoczeni!
Zanim platformy streamingowe zdominowały naszą codzienność, on był już tam obecny, przecierając szlaki dla dzisiejszych influencerów. Postać, której ekscentryczny styl i niezachwiany optymizm jednych irytowały, a innych fascynowały, na stałe zapisała się w historii rodzimej sieci. Choć trendy się zmieniają, jego charakterystyczny wizerunek – od lat wierny tej samej estetyce – pozostaje niezmienny. Tak dzisiaj wygląda jego życie
Polski internet to wyjątkowo żarłoczna bestia, która połyka swoich bohaterów i wypluwa ich szybciej, niż zdążą podpisać kolejny kontrakt na reklamę napoju. Jeszcze niedawno wydawało się, że influencerzy to nowi bogowie, a dziś wielu z nich rozpaczliwie szuka na siebie pomysłu, bo liczby pod filmami przestały się zgadzać.
Dobrym przykładem była Ekipa Friza. Przez pewien czas ci ludzie rządzili krajem, a ich lody kupowano na kartony. Jednak gdy projekt się rozpadł, okazało się, że indywidualne zasięgi większości członków zaczęły topnieć w oczach. Bez wspólnej marki i wielkiej willi niektórzy stali się po prostu nudni. Podobny los spotkał Team X. Kolejne składy miały być fabryką gwiazd, ale widzowie szybko się znudzili masową produkcją celebrytów, których jedyną zaletą było to, że mieszkali razem i robili pranki. Gdy popularność zaczęła spadać, wielu twórców wybrało freak fighty. To stało się standardową ścieżką dla osób, które nie miały już nic ciekawego do powiedzenia. Zamiast tworzyć fajne treści, woleli wyzywać się na konferencjach i bić w klatce. To dawało szybki zastrzyk gotówki i chwilowy powrót na nagłówki portali plotkarskich, ale rzadko przekładało się na prawdziwą, długofalową sympatię widzów.
Dlaczego tak się stało? Przede wszystkim nastąpił nadmiar treści. Ludzie po prostu przejedli się codziennymi vlogami o niczym. Do tego doszła zmiana pokoleniowa – dzisiejsze dzieciaki wolą szybkie filmiki na TikToku niż stare gwiazdy YouTube’a, które traktują jak internetowych dziadersów. Okazało się, że bycie znanym to nie zawód. Przetrwali tylko ci, którzy mieli na siebie konkretny plan, a reszta została po prostu zapomniana, stając się jedynie ciekawostką z przeszłości.
Jedną z takiuch gwiazd był Gracjan Roztocki
Pamiętacie rok 2008? YouTube w Polsce był wtedy cyfrową piaskownicą, a Gracjan Roztocki wszedł do niej w krótkich spodenkach i z uśmiechem, który jednych bawił, a innych wprawiał w osłupienie. Nie potrzebował profesjonalnego studia ani wielkich budżetów. Wystarczyła mu prosta kamerka i odwaga, by być sobą w czasach, gdy wszyscy inni próbowali być „jacyś”.
Jego piosenki, na czele z legendarnym już utworem „Kupa”, stały się hitami, mimo że o wielkim talencie wokalnym trudno było tu mówić. Ten konkretny kawałek nabił ponad 17 milionów wyświetleń. To był fenomen, którego nikt nie potrafił racjonalnie wytłumaczyć. Gracjan po prostu robił swoje – raz śpiewał o higienie, innym razem pokazywał w kuchni, jak przygotować parówki z musztardą. To była rozrywka w najczystszej, niemal dziecięcej formie. Z czasem ten internetowy dziwak stał się pełnoprawną postacią popkultury. Nie skończyło się na amatorskich filmikach. Media Markt zaprosił go do swoich reklam, a on sam regularnie odwiedzał kanapy w telewizjach śniadaniowych. Największym zaskoczeniem był jednak rok 2020, gdy Teatr Capitol we Wrocławiu wystawił musical inspirowany jego życiem. Gracjan stał się muzą dla artystów, co brzmi nierealnie, a jednak się wydarzyło.
Dopełnieniem tej surrealistycznej drogi był moment z 2022 roku. Podczas gali Fryderyków, najważniejszych nagród muzycznych w kraju, to właśnie on wyszedł na scenę, by odebrać statuetkę w imieniu Maty. Wyglądał tam, wśród wszystkich poważnych gwiazd, dokładnie tak samo jak lata wcześniej przed swoją kamerką w domu. Przez te wszystkie lata Gracjan udowodnił jedno: w internecie autentyczność, nawet ta najbardziej specyficzna, wygrywa z każdą kreacją.
A co się dzieje z nim dzisiaj?
Trudno w to uwierzyć, ale Gracjan Roztocki skończył właśnie 62 lata. Choć metryka idzie do przodu, on sam zdaje się być zamrożony w czasie, a przynajmniej skutecznie opiera się grawitacji i trendom. W minioną niedzielę, 15 lutego, obchodził urodziny i – jak na weterana polskiego YouTube’a przystało – nie zrobił sobie z tej okazji wolnego od internetu.
Przejrzałem jego ostatnie wrzutki i muszę przyznać, że pewne rzeczy są w sieci stałe. Charakterystyczna fryzura z grzywką, która kiedyś dzieliła Polskę mocniej niż polityka, wciąż ma się dobrze. To w sumie fascynujące, że człowiek, który stał się memem, zanim to słowo weszło do słownika, przetrwał wszystkie mody, dramy i zmiany algorytmów. Gracjan po prostu robi swoje, zupełnie jakby świat zatrzymał się w radosnym 2008 roku. Zaszła jednak jedna, dość istotna zmiana wizualna. Każdy, kto pamięta jego początki, kojarzy go głównie z ekstremalnie krótkimi spodenkami. Tym razem jednak Gracjan postawił na rozsądek i długie nogawki. Na filmach z Sopotu widać było, że zimowa aura nad Bałtykiem wymusiła na nim bardziej szczelny ubiór. Mimo mrozu wciąż jednak emanował tą specyficzną energią. Odwiedzał trójmiejskie lodowiska, maszerował po molo w Orłowie i oczywiście nie przestawał śpiewać.
Jego głos w ogóle się nie zmienił – to wciąż ten sam, niepodrabialny, radosny ton, który u jednych budzi nostalgię, a u innych lekką konsternację. Najważniejsze jednak, że on sam chyba świetnie się przy tym bawi. Każdy nowy vlog tradycyjnie zaczynał od swojego kultowego przywitania, udowadniając, że w świecie wiecznej pogoni za zasięgami, bycie sobą to najskuteczniejsza strategia. Można go lubić lub nie, ale konsekwencji odmówić mu nie sposób.
