CELEBRITY
Dramatyczne nagranie z Wodzisławia Śląskiego wstrząsnęło siecią. Policja bada, czy doszło do narażenia życia i zniszczenia środowiska.
Chcieli pojeździć po zamarzniętym stawie i nagrać wideo. Skończyli na celowniku śledczych. Samochód zatonął, nagranie wstrząsnęło siecią, a policja sprawdza, czy nie doszło do narażenia życia i zniszczenia środowiska. Na wtorek w Wodzisławiu Śląskim zaplanowano też akcję płetwonurków, którzy przeczeszą dokładnie dno zbiornika wodnego i potwierdzą zeznania kierowcy — dowiedział się “Fakt”.
Policja wszczęła śledztwo po tym, jak w sieci pojawiło się dramatyczne nagranie. Widać na nim, jak osobówka zapada się pod lód i tonie w zbiorniku wodnym. Jak ustalił “Fakt”, śledczy najpierw musieli sprawdzić, czy film w ogóle jest prawdziwy — pojawiły się podejrzenia, że kadry mogła wygenerować sztuczna inteligencja.
Niestety, nagranie okazało się autentyczne, a samochód rzeczywiście utonął. Stało się to w sobotę 10 stycznia. Oficer prasowa Komendy Powiatowej Policji w Wodzisławiu Śląskim, asp. szt. Małgorzata Koniarska, w rozmowie z “Faktem” przekazała kulisy policyjnych działań.
Już w poniedziałek 12 stycznia śledczy ustalili, gdzie dokładnie nakręcono film. Chodzi o staw przy ul. Młodzieżowej w Wodzisławiu Śląskim. To wcale nie było oczywiste — lokalizację trzeba było odtworzyć krok po kroku. Później potwierdziło się najgorsze: auto faktycznie poszło na dno. Tablice rejestracyjne doprowadziły policjantów do kierowcy oraz autora nagrania.
Za kierownicą siedział 45-latek z powiatu wodzisławskiego, a “reżyserem” całej akcji był 29-latek z Rybnika. Obaj mężczyźni zostali już przesłuchani jako świadkowie i — jak wynika z relacji policji — współpracują ze śledczymi. Twierdzą, że w samochodzie nie było żadnych innych osób. Służby i tak zamierzają tę informację zweryfikować. We wtorek akwen mają przeszukać płetwonurkowie straży pożarnej, a gdy pozwolą na to warunki, zatopiony pojazd ma zostać wyciągnięty na powierzchnię.
Ze wstępnych ustaleń wynika, że mężczyźni kupili samochód specjalnie po to, by pojeździć nim po zamarzniętym stawie. W ich ocenie warunki miały być “idealne”. Drzwi od strony kierowcy pozostawili otwarte na wypadek, gdyby lód zaczął pękać. I tak właśnie się stało — pod prawym przednim kołem. 45-latek uciekał z auta przez drzwi pasażera. Na nagraniu słychać, jak jego znajomy dopinguje go do “rajdowania”, krzycząc: “tylko się nie bój”. Rozmówczyni “Faktu” podkreśla, że taki “rajd po lodzie” był skrajnie nieodpowiedzialny.
Telefon, którym zarejestrowano tę groźną sytuację, został już zabezpieczony przez służby. Autor nagrania założył specjalnie w tym celu nowe konto na platformie internetowej i tam opublikował film.
Dochodzenie jest na wstępnym etapie. Policjanci analizują sprawę m.in. pod kątem narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia, naruszenia przepisów ochrony środowiska oraz ewentualnych wykroczeń.
