CELEBRITY
Horror w nocnym meczu Magdaleny Fręch! Zaczęła tak dobrze. Przykry koniec
Ten wynik to jedno z największych zaskoczeń pierwszej rundy w Indian Wells! Magdalena Fręch była zdecydowaną faworytką, startując w Kalifornii tuż po finale w Meridzie. Kwalifikantka Storm Hunter postawiła się jej w wielkim stylu, wygrywając 3:6, 7:5, 6:3. Po 150 minutach Łodzianka mogła odczuwać duży niedosyt, bo losowanie w pierwszej rundzie było naprawdę korzystne.
Więcej informacji znajdziesz w Przeglądzie Sportowym Onet
Już przed startem turnieju w Indian Wells Magdalena Fręch po zapoznaniu się z drabinką miała prawo wierzyć w to, że uda jej się podtrzymać bardzo dobrą formę z Meridy. W Meksyku Polka dotarła do finału, w którym nie była dużo gorsza od Cristiny Bucsy i choć przegrała mecz o tytuł, to do Stanów Zjednoczonych podróżować mogła z nadzieją na kolejne udane występy.
W pierwszej rundzie los skojarzył ją bowiem z kwalifikantką, którą okazała się Australijka Storm Hunter. 31-latka, choć w przeszłości była najlepszą deblistką świata, nigdy nie nawiązała do tak wielkiego sukcesu w grze pojedynczej. Dość powiedzieć, że tylko raz w życiu dotarła do trzeciej rundy turnieju wielkoszlemowego w singlu. W Kalifornii przebrnęła przez dwustopniowe kwalifikacje, ale to Łodzianka miała prawo czuć się faworytką.
Genialny początek Magdaleny Fręch w Indian Wells
I to było widoczne na korcie już od pierwszych wymian. Magdalena Fręch z powodzeniem przejęła inicjatywę na samym początku spotkania, okazując się zdecydowanie lepsza w większości wymian. Australijka, choć momentami potrafiła zachwycić refleksem przy siatce (na co ogromny wpływ mają występy w deblu), od pierwszych chwil została zepchnięta do defensywy.
Ofensywny styl gry reprezentantki Polski mógł imponować, ale szybko stało się jasne, że Storm Hunter tego dnia może zmagać się z jeszcze jednym problemem. Po pięciu gemach gry, przy prowadzeniu Magdaleny Fręch 4:1, była liderka deblowego rankingu skorzystała z przerwy medycznej, a fizjoterapeutka zajęła się masażem jej lewej łydki.
Zobacz także: Czarna seria Huberta Hurkacza! Dramat. Spełnił się scenariusz awaryjny
Po powrocie na kort rywalka zaczęła się budzić i przyspieszać grę, co momentami sprawiało Fręch spore kłopoty. Problem Hunter polegał na tym, że nawet pomimo break pointu w decydującym momencie, gdy już wymęczyła Polkę długą wymianą, opuściła ją wspomniana wcześniej skuteczność przy siatce, a piękna akcja została zakończona koszmarnym błędem.
31-latka miała swoje momenty w pierwszym secie, ale decydujące chwile nie układały się po jej myśli. W ten sposób otwierająca partia przyniosła Magdalenie Fręch prowadzenie 6:3, dzięki czemu Polka była już jedną nogą w drugiej rundzie. Tam zadanie miało być już dużo trudniejsze, bo na tym etapie czekała już rozstawiona Belinda Bencic.
W drugim secie Storm Hunter nie chciała powtórzyć tak słabego początku, który ostatecznie zdecydował o wyniku pierwszego. To ona przeszła do ataku od pierwszych wymian i najpierw wygrała trudnego, długiego gema serwisowego, a potem, już bez takiej dramaturgii, wykorzystała break pointa i wyszła na prowadzenie z przełamaniem. Zaskakująco dużo dawał jej znakomity return, choć z czasem Polka też popisała się kapitalnymi tego rodzaju zagraniami.
Tym razem to Storm Hunter prowadziła 3:0, a potem 4:1, ale nie potrafiła utrzymać tego tempa do końca seta, jak udało się to jej rywalce w pierwszej partii. Magdalena Fręch marnowała liczne break pointy, ale wróciła do gry w ważnym momencie, doprowadzając do stanu 4:3. A to dawało nadzieję na to, że uda jej się jeszcze odwrócić rezultat i wygrać to spotkanie w dwóch setach.
Zobacz również: Nie tak miało być. Koszmar Magdy Linette na start Indian Wells!
Polka odrobiła straty i już wydawało się, że przy utrzymaniu dyspozycji serwisowej o losach drugiej partii decydować będzie tie-break. Stało się jednak inaczej, a to za sprawą przebudzenia ze strony Storm Hunter, która zadała Fręch cios w samej końcówce partii. Przy rezultacie 6:3, 5:7 po około dwóch godzinach gry tenisistki rozpoczynały trzeciego seta.
Ten rozpoczął się dla Łodzianki w najlepszy możliwy sposób, od gładko wygranych dwóch gemów z rzędu. Przewaga osiągnięta na tym etapie mogła być bezcenna, ale nie po raz pierwszy w tym meczu Storm Hunter udowodniła, że jest w stanie wrócić do gry już chwilę po tym, gdy wydaje się, że wszelkie siły już ją opuściły. Z 2:0 dla Polki błyskawicznie zrobiło się 2:3 na korzyść Australijki. Nie było miejsca na kolejne pomyłki.
Problemem naszej reprezentantki stał się fakt, że rywalka podtrzymywała ofensywne usposobienie, niezwykle rzadko popełniając przy tym niewymuszone błędy. A to oznaczało, że w każdej wymianie Fręch musiała “wybiegać” sobie punkt. Ale sama myliła się zbyt często, co poskutkowało czwartym, a potem piątym gemem z rzędu dla przeciwniczki.
Ta seria w końcu dobiegła końca, ale w decydującej chwili Storm Hunter podołała presji. 234. rakieta świata ograła Magdalenę Fręch w trzech setach i w drugiej rundzie zmierzy się z Belindą Bencic. To oznacza, że spośród Polek w drabince kobiecego Indian Wells pozostała już tylko Iga Świątek, która na kort wyjdzie dopiero w sobotni wieczór.
Magdalena Fręch — Storm Hunter 6:3, 5:7, 3:6
