CELEBRITY
Kiedy Marek Papszun przejmował straumatyzowaną i zagrożoną spadkiem Legię Warszawa, cudów nie obiecywał. I cudów nie ma. Jest za to Legia rzetelna, konsekwentna i niepokonana od ośmiu meczów. Główna metoda Papszuna jest bardzo prosta. 🟥 Link w komentarzu👇
Kiedy Marek Papszun przejmował straumatyzowaną i zagrożoną spadkiem Legię Warszawa, cudów nie obiecywał. I cudów nie ma. Jest za to Legia rzetelna, konsekwentna i niepokonana od ośmiu meczów. Główna metoda Papszuna jest bardzo prosta.
Oczywiście zadanie nie zostało jeszcze wykonane. Legia Warszawa wciąż nie odkleiła się od strefy spadkowej i musi oglądać się za siebie, ale przy Łazienkowskiej zrobiło się odrobinę spokojniej.
Zoran Arsenić, żołnierz Marka Papszuna w jego poprzedniej, częstochowskiej armii, w rozmowie z Przeglądem Sportowym Onet opisywał sposób pracy tego trenera.
Doświadczony obrońca po tylu latach współpracy z nim nie mógł sobie przypomnieć jednego dnia luzu. Takiego zwykłego dnia, kiedy zdejmujesz nogę z gazu, na moment się zatrzymujesz, żeby zaraz znów pruć dalej. I nieważne, że w weekend wygrałeś wysoko mecz. W tygodniu spotykałeś się w klubie i zamiast zachwytów, było szukanie tego, co można poprawić. Arsenić trafił do grona oficerów Papszuna, ponieważ tym regułom się podporządkował. Gdy pytany o to, czy było łatwo, nie ściemnia, że zawsze była sielanka. Ale on i inni akceptowali to, bo mieli wyniki z tym najważniejszym — mistrzostwem Polski.
Z kolei Andrzej Niewulis, inny zaufany Papszuna, pamięta mecz, w którym strzelił gola. W ogóle czuł, że to jest jego dzień, Raków wygrał wtedy zdecydowanie i pewnie.
Niewulis, facet dobrze zbudowany, postawny, urósł jeszcze ze dwa metry, tak był z siebie dumny. Do momentu, gdy Papszun nie zaczął pomeczowej analizy. Strzeliłeś gola? Fajnie, ale na początku meczu nie zachowałeś się odpowiednio i przez to my mogliśmy stracić bramkę. Zajął się tym, co Niewulis musi zrobić lepiej, a nie tym, co już zrobił dobrze. Ciągle pod prądem, ciągle bez luzu.
Jakub Łabojko, piłkarz Motoru, wprost mówi, że gdyby jako 19-latek nie spotkał Papszuna w Rakowie, mógłby przepaść w czwartoligowych czeluściach. Jego pracę podsumowuje: Jako trener zawsze był stanowczy. A jak nie był, to żałował tego, że nie był. U niego musisz podporządkować się całkowicie. Jeżeli ktoś się nie dostosowuje, nie trzyma się tego, czego on oczekuje, to nie ma negocjacji.
Główna zasada Marka Papszuna
Tyle o Rakowie. Od zimy Papszun jest już w innym środowisku, legijnym, gdzie spotkał innych piłkarzy. W Legii grają byli reprezentanci Polski, obecni i młodzi, którzy o kadrze myślą. Obcokrajowcy? Dobrze opłacani, też łatwo mogą uwierzyć we własną wielkość.
Zespół z wielkim ego, ale mały na boisku, przez wcześniejsze pół roku zespół pozbawiony przewodnika — lubianemu przez szatnię Ediemu Iordanescu trudno było się odnaleźć w wymagającej taktycznie Ekstraklasie. Inaki Astiz miał być trenerem na dwa-trzy mecze, został na dziesięć, z których wygrał jeden. W Legii wszyscy czekali na rozwiązanie kontraktu przez Papszuna, a kiedy to się nie udało, kadencja Hiszpana wydłużyła się i musiał zmagać się z żywiołem, który ostatecznie go pochłonął.
Żywioł okiełznać musi Papszun, ale jest dużo bardziej doświadczony i robi to dobrze sobie znanymi metodami — podporządkuj się albo odejdź.
Dlatego w Legii tak konsekwentnie stawia na aktorów, w teorii, drugiego planu, jak Wahana Biczachczjana czy wychwyconego w pierwszej lidze Rafała Adamskiego, bo ci bez szemrania realizują jego plan na boisku. Podobnie Patryk Kun, ale on miał fory, bo z Papszunem pracował wcześniej w Rakowie i wiedział, czego się spodziewać.
Bo ten trener działa metodycznie, organicznie. Budowę zaczyna od fundamentów, czyli obrony, o czym przekonują się teraz w Legii, która w czterech ostatnich meczach straciła dwa gole.
Nie jest efektowna, ale efektywna — tak.
Przegrała tylko z Koroną, a w kolejnych ośmiu meczach już nie. To, co Papszunowi na pewno udało się zrobić z obecną Legią, to wygnać z niej gen łatwego poddawania się. W pierwszym spotkaniu po zimowej przerwie z Koroną koszmar jeszcze się odezwał, ale dalej Legia pod ręką Papszuna jako pierwsza traciła bramkę lub bramki w meczach z Arką, Jagiellonią, Radomiakiem i Rakowem, a żadnego z tych meczów nie przegrała.
Oczywiście na Łazienkowskiej daleko do samozadowolenia, sezon w zestawieniu z oczekiwaniami na jego starcie jest przegrany, ale już jego końcówka przed startem kolejnego może dać coś, czego w Legii od miesięcy nie widzieli. Nadzieję.
