CELEBRITY
Łzy leją się strumieniami 😭
Śmierć Edward Linde-Lubaszenki poruszyła środowisko artystyczne i widzów w całej Polsce. Wybitny aktor przez dekady budował swoją pozycję na scenie i ekranie, zapisując się w historii rodzimego kina i teatru. Jego odejście to koniec ważnego rozdziału w polskiej kulturze. Uroczystości pogrzebowe mają charakter państwowy, co podkreśla rangę i znaczenie jego dorobku. Atmosfera przed ceremonią jest pełna zadumy, wzruszenia i symbolicznych gestów pamięci.
Droga artystyczna i najważniejsze role Edwarda Linde-Lubaszenki
Reakcje środowiska i decyzja o państwowym charakterze pogrzebu
Księga kondolencyjna i symboliczne pożegnanie w kościele
Dzisiaj żegnamy człowieka, który był dowodem na to, że w aktorstwie najbardziej liczy się klasa, a nie liczba polubień na Instagramie. Choć dla wielu pozostanie po prostu ojcem Olafa Lubaszenki, to dla każdego, kto choć raz otarł się o wrocławski Teatr Polski, Edward Linde-Lubaszenko to przede wszystkim symbol starej szkoły.
Urodził się w 1939 roku, więc w jego rzemiośle zawsze czuć było ten przedwojenny sznyt – dyscyplinę, pokorę wobec tekstu i brak parcia na szkło. Dziś, gdy odprowadzamy go w ostatnią drogę, warto przypomnieć, że on nie musiał krzyczeć z ekranu, żeby go zauważono. W filmach czy serialach potrafił kraść sceny, grając tylko spojrzeniem albo pauzą. To rzadka umiejętność w czasach, gdy każdy chce być na pierwszym planie. Jego naturalnym środowiskiem była scena we Wrocławiu. To tam przez dekady budował role, które dziś nazywamy wybitnymi. Nigdy nie pchał się na czerwone dywany i omijał medialny zgiełk szerokim łukiem. Wybierał pracę zamiast autopromocji, co w dzisiejszym świecie show-biznesu wydaje się wręcz egzotyczne.
Właśnie teraz, gdy wspominamy jego drogę, widać wyraźnie, jak wielką lukę zostawia. Nie był celebrytą, był rzemieślnikiem najwyższej próby. Pozostaje po nim mnóstwo ról i poczucie, że wraz z nim odchodzi pewien świat, w którym aktorstwo było misją, a nie produktem. Dla młodszych kolegów z branży jest i będzie wzorem tego, jak godnie uprawiać ten zawód. Edward Lubaszenko odchodzi w ciszy, dokładnie tak, jak żył – z wielką klasą i bez zbędnego patosu.
Dzisiaj, 24 lutego, Warszawa żegna człowieka, który był jedną z ostatnich tak wyrazistych twarzy polskiego kina i teatru. Edward Linde-Lubaszenko odchodzi w sposób, który pasuje do jego życiorysu – z godnością, przy pełnych honorach, spoczywając w Alei Zasłużonych na Powązkach Wojskowych.
To nie jest tylko formalne pożegnanie starszego pana z ekranu. To zamknięcie pewnego rozdziału w historii krakowskiego Starego Teatru, z którym był związany przez pół wieku, i polskiej kinematografii, której oddał ponad 70 ról filmowych. Wielu z nas kojarzy go głównie jako Edwarda z „Psów” czy kanclerza z „Chłopaków nie płaczą”, ale Lubaszenko to przede wszystkim potężny dorobek w Teatrze Telewizji i setki godzin spędzonych na kształceniu studentów. Był surowym, ale sprawiedliwym pedagogiem, który wierzył, że aktorstwo to rzemiosło, a nie celebryctwo. Jeszcze jesienią zeszłego roku grał w „Weselu” na deskach Teatru Narodowego. Pokazał wtedy, że scena to miejsce, które trzyma przy życiu najskuteczniej. Decyzję o przejściu na emeryturę ogłosił zaledwie dwa miesiące przed śmiercią, jakby czuł, że czas powoli mówi „sprawdzam”. Odszedł spokojnie, 8 lutego, pozostawiając nas z tym swoim charakterystycznym, nieco ironicznym półuśmiechem i niskim głosem, którego nie da się pomylić z nikim innym.
Dziś, gdy rodzina i przyjaciele składają kwiaty na jego grobie, widać wyraźnie, że tracimy kogoś autentycznego. W czasach, gdy każdy chce być gwiazdą, on po prostu był aktorem. I to wystarczyło, by zapisał się w naszej pamięci na stałe. Choć fizycznie go żegnamy, jego role wciąż będą nas bawić i uczyć dystansu do świata – dokładnie tak, jak robił to on sam przez 86 lat swojego życia.
Tuż przed pogrzebem o charakterze państwowym wystawiono księgę kondolencyjną, do której żałobnicy mogą wpisywać ostatnie słowa pożegnania i wyrazy współczucia dla rodziny aktora. Przy księdze pojawiła się biała róża – symbol szacunku, wdzięczności i pamięci o zmarłym artyście. Na tablicy informacyjnej powieszono także klepsydrę informującą o szczegółach uroczystości. Zawieszono ją tuż obok nekrologu Bożena Dykiel, której pogrzeb odbędzie się 25 lutego, co sprawia, że dla wielu osób ten czas jest wyjątkowo trudny i pełen refleksji.
W kościele pojawiła się już trumna z ciałem aktora. Ustawiono ją w centralnym miejscu świątyni, w otoczeniu kwiatów. Obok trumny wyeksponowano odznaczenia państwowe i wyróżnienia, które Edward Linde-Lubaszenko otrzymał w trakcie swojej wieloletniej kariery. Wśród dekoracji znalazł się również jego kolorowy portret – uśmiechnięty, pełen życia, przypominający o scenicznej charyzmie i wyrazistej osobowości, którą widzowie znali z ekranu.
Świątynię wypełniły wieńce od rodziny, przyjaciół oraz przedstawicieli świata kultury i polityki. Na wstęgach jednego z nich widnieje poruszający napis: „Kochanemu dziadkowi i tacie”, który wyraźnie pokazuje, jak ważną rolę pełnił nie tylko jako artysta, ale przede wszystkim jako człowiek bliski swoim najbliższym. Pojawił się również wieniec “Od brata z rodziną”, a także od ministry kultury i dziedzictwa narodowego – symbol uznania państwa dla jego dorobku i wkładu w rozwój polskiej kultury. Całość tworzy przejmującą, podniosłą atmosferę ostatniego pożegnania wybitnego aktora.
