CELEBRITY
Nie tylko Polska oszalała na punkcie Oskara Pietuszewskiego! ➡️
W oscarową noc Pietuszewski zagrał tak, że zwyczajową formułkę “and the Oscar goes to…” można w jego przypadku spuentować tylko w jeden sposób: reprezentacji Polski. W takiej dyspozycji nie może nie znaleźć się w kadrze Jana Urbana na marcowe mecze. Nie tylko Polska oszalała na punkcie 17-latka.
Więcej takich artykułów znajdziesz na stronie głównej Onetu
Skoro rozpocząłem od tematyki filmowej, to na chwilę się przy niej zatrzymajmy. Któż z nas nie zna przeboju kinowego “To właśnie miłość”? No dobra, macie mnie. Być może taką osobą jest Oskar Pietuszewski, bo urodził się pięć (!) lat przed premierą tego filmu.
Choć dzieło Richarda Curtisa jest maglowane co każde Boże Narodzenie, pewne sceny mogły nie wyryć się aż tak w pamięci dyżurnych widzów. Ot, jak chociażby ta, w której Jamie (Colin Firth) wyznaje miłość Aurelii (Lucia Moniz). Zestresowany wybiera się do restauracji, w której pracuje wybranka jego serca, i łamanym portugalskim oświadcza się jej pod czujnym okiem jej rodziny i znajomych.
Łamanym portugalskim posługuje się również Pietuszewski. Także i w tym przypadku można szeroko się uśmiechnąć. Nowy język ekspresowo przyswoił w takim stopniu, że już kilka tygodni temu pozdrawiał kibiców Porto podstawowymi zwrotami. Oj, nie jest to coś normalnego w przypadku polskich piłkarzy wyjeżdżających za granicę.
Nie tylko dlatego fani jego talentu najchętniej odegraliby inną scenę z “To właśnie miłość”. Tę z Keirą Knightley i jej cichym wielbicielem. Bo dla nich Pietuszewski też jest perfekcyjny. Nawet jeśli niedzielny mecz w wykonaniu 17-latka idealny nie był.
FC Porto — Moreirense FC 3:0. Skrót meczu:
Przeciwko Moreirense (3:0) jeszcze przed przerwą mógł skompletować hat tricka. Po zdobyciu pięknej bramki miał jeszcze dwie kolejne sytuacje strzeleckie. Bodaj jeszcze łatwiejsze do wykorzystania.
Najpierw jednak huknął z 15. metra zdecydowanie nad poprzeczką. Później miał jeszcze bliżej do bramki, ale będąc tuż przed golkiperem, znów uderzył wyraźnie poza obramowanie.
Hat trick w mniej niż 10 minut? I to chłopaka, z którym nawet jego obecny klub nie wiązał aż takich nadziei? Trąciłoby jakąś przesłodzoną historią rodem z Hollywood. Choć i tak jego historia jest na razie filmowa.
Ktoś może teraz stwierdzić: ależ pompujecie temat Oskara Pietuszewskiego. I, w rzeczy samej, tak jest. Tyle że nie tylko my oszaleliśmy na jego punkcie.
Bo czy to polska dziennikarka zadała trenerowi Francesco Farioliemu pytanie, czy w składzie na niedzielny mecz znajdzie się Pietuszewski i dziesięciu innych piłkarzy? Czy może jednak portugalska?
Czy to polscy admini profili FC Porto w mediach społecznościowych zapowiadają mecze Smoków wizerunkiem 17-latka z Białegostoku? Czy może jednak portugalscy?
Czy to polscy dziennikarze pytają szkoleniowca Porto, czy liczy się z tym, że Pietuszewski odejdzie już latem? Czy może jednak portugalscy?
Czy tylko polscy kibice i eksperci prześcigają się w komplementach pod adresem naszego skrzydłowego? Czy może portugalscy również?
Skoro naród, który wydał na świat wielu błyskotliwych piłkarzy, tak rozpływa się nad naszym piłkarzem, to dlaczego my, jego rodacy, mielibyśmy na siłę się krygować?
Zwłaszcza że nastoletniego zawodnika, który tak zachwycałby w czołowej lidze Europy, jeszcze nie mieliśmy. Cieszmy się tym. Dajmy się zwariować.
W takiej dyspozycji Pietuszewski nie tylko powinien zostać powołany do seniorskiej reprezentacji Polski, ale i znaleźć się w wyjściowym składzie na półfinał baraży z Albanią. I to nawet abstrahując od zawieszenia za kartki Nicoli Zalewskiego.
W drugiej połowie niedzielnego spotkania ten plan mógł spalić na panewce. Oto bowiem Pietuszewski przykucnął, a po chwili poprosił o zmianę. Serca kibiców Porto i reprezentacji Polski momentalnie zadrżały. Czasem właśnie z takich niepozornych sytuacji biorą się najgorsze kontuzje.
Na szczęście na pomeczowej konferencji prasowej Farioli zdradził, że powodem zmiany nie był uraz. Okazało się, że Pietuszewski był ostatnio osłabiony z powodu wirusa i musiał zostać przedwcześnie zmieniony, bo znów poczuł problemy żołądkowe.
Nic dziwnego. Zdążył przecież ostatnio “zjeść” całą portugalską ekstraklasę
