Connect with us

CELEBRITY

Osiemnaście lat temu o tej porze cała Polska szalała na punkcie Euzebiusza Smolarka. W słupkach popularności bił go tylko Adam Małysz. Wystarczyło jednak pół roku, by szał się skończył. — Popełniłem jeden błąd, który zaczął konsekwentnie ciągnąć mnie w dół — wyznaje nam po latach ➡

Published

on

Osiemnaście lat temu o tej porze cała Polska szalała na punkcie Euzebiusza Smolarka. W słupkach popularności bił go tylko Adam Małysz. Wystarczyło jednak pół roku, by szał się skończył. — Popełniłem jeden błąd, który zaczął konsekwentnie ciągnąć mnie w dół — wyznaje nam po latach Ebi, a wiąże się on z Hiszpanią. Była gwiazda piłkarskiej reprezentacji opowiada także, kto krzyczał, że go “zniszczy w mediach” i o tym, jak został w Polsce upokorzony, co posunęło go do podjęcia ważnej decyzji.

Więcej ciekawych informacji znajdziesz w Przeglądzie Sportowym Onet
Dużo czytania, a mało czasu? Sprawdź skrót artykułu
Jarosław Koliński: Mieszkasz w Polsce czy w Holandii?

Euzebiusz Smolarek (były reprezentant Polski): I w Polsce, i w Holandii. Wychodzi mniej więcej po równo.

Właściwie nigdy nie miałem. Urodziłem się w Polsce, ale w wieku 5,5 roku wyjechaliśmy z rodzicami do Holandii. Później przeprowadziliśmy się do Niemiec na dwa lata, następnie wróciliśmy do Holandii. A później już, jako dorosły człowiek, sam prowadziłem swoją karierę: Niemcy, Hiszpania, Anglia, Grecja… Po zakończeniu kariery osiadłem w Holandii, ale i tak bardzo często przyjeżdżałem do Polski.

Minęło 12 lat od zakończenia przez ciebie piłkarskiej kariery. Chyba dość długo klarował ci się w głowie pomysł na siebie.

To prawda. Przez pięć lat, a więc do momentu, gdy zaproponowano mi pracę w Polskim Związku Piłkarzy, nie robiłem nic związanego ze sportem. Zajmowałem się innymi, prywatnymi rzeczami.

Euzebiusz Smolarek: nie mogłem zostać agentem, bo nie potrafiłem oszukiwać
Nie ciągnęło cię do bycia trenerem albo agentem?

Spróbowałem na samym początku roli agenta, ale po dwóch miesiącach zrezygnowałem. Zrozumiałem, że to absolutnie nie jest moje miejsce. Mówiąc wprost: nie potrafiłem oszukiwać. Nie mogę sobie wyobrazić, że agent może dla przykładowych 100 zł. zadziałać na niekorzyść swojego klienta. Poza tym ja nie lubię się prosić. A często widziałem różnych agentów kręcących się po hotelu, zaczepiających piłkarzy albo prezesów. To nie dla mnie.

Lepiej się czujesz w innych dziedzinach. Czym zajmuje się fundacja im. Włodzimierza Smolarka, którą niedawno założyłeś w Uniejowie?

W 2012 r. został otwarty ośrodek w Uniejowie z boiskami im. właśnie mojego taty. Chciałem, żeby służył on dzieciakom, które mogłyby przyjeżdżać tam na obozy i trenować na obiektach o wysokim standardzie. Uniejów to uzdrowisko termalne w środku Polski. Hotel jest bardzo dobry, do tego boiska ze sztuczną i naturalną nawierzchnią. Założenie takiej fundacji było moim marzeniem. Chcę odciągać dzieci od telewizorów i telefonów, w zamian zapewnić im aktywność na najwyższym poziomie. Jest plan, byśmy w dalszej perspektywie mogli finansować takie obozy również najbiedniejszym dzieciakom.

Jak wspomniałeś, od siedmiu lat jesteś prezesem Polskiego Związku Piłkarzy (PZP). Co dokładnie tam robicie?

W skrócie: bronieniem praw piłkarzy. Kiedy zostałem prezesem PZP i zagłębiłem się w problemy zawodników w Polsce i przeżyłem szok, że jest ich aż tyle.

Istnieją jeszcze “Kluby Kokosa”? Te, w których na niechcianych piłkarzy wywierana jest presja, by rozwiązali kontrakt lub zgodzili się na obniżkę pensji?

Są, ale robione bardziej dyskretnie i naprawdę sporadycznie. To wygląda tak słabo wizerunkowo, że szefowie klubów coraz rzadziej ryzykują działanie w ten sposób.

Euzebiusz Smolarek dostał w Polonii Warszawa “propozycję” obniżenia pensji o połowę
Sam “grałeś” w “Klubie Kokosa”.

To były czasy Polonii Warszawa. Znany w Polsce właściciel postanowił, że obniży mi pensję o połowę. Tak po prostu. Nie zgodziłem się, więc zesłał mnie do samotnego trenowania. Meldowałem się na Konwiktorskiej o 8.00 i przebywałem do 16.00: trochę pokopałem piłkę, trochę pobiegałem i trochę poćwiczyłem na siłowni. Czas zlatywał i wracałem do domu. Wtedy nie sądziłem, że można piłkarza traktować w taki sposób. To był najbardziej upokarzający moment w mojej karierze, chociaż z drugiej strony potrafiłem się z tego śmiać. To był schyłek mojej kariery, nic już nie musiałem. Powiedziałem prezesowi, że ja tak mogę jeszcze długo wytrzymać — pół roku czy rok.

Ale uwierz mi, że byli piłkarze, którzy nie radzili sobie z tym psychicznie i godzili się na warunki stawiane przez klub. Właśnie wtedy, widząc coś takiego, pomyślałem, że jeśli będzie w przyszłości taka możliwość, chcę pomagać zawodnikom.

Z niewypłacanymi pensjami. Potrafi dochodzić do sytuacji, że piłkarz nie dostaje pieniędzy przez miesiąc, dwa, a mimo to dalej gra. My wyciągamy do nich pomocną dłoń. Mamy zgodę od PZPN i Ekstraklasy, że raz w roku możemy wejść do każdej szatni w Ekstraklasie i w 1. lidze, by rozmawiać z graczami o ich problemach. Dajemy im do wypełnienia ankiety, uświadamiamy, jakie są ich prawa. Mamy w tym momencie ok. trzy tys. członków. Składki są śmiesznie niskie. To nie jest 1000 zł. I muszę przyznać, że efekty naszej pracy są coraz bardziej widoczne. Standardy respektowania kontraktów piłkarskich poszły do góry i o to chodzi. Jest to ważne także dla piłkarzy przyjeżdżających z zagranicy. Chcemy im pokazać, że ich interesy są odpowiednio chronione.

Jesteśmy członkiem FIFPro. Dwa razy do roku spotykamy się na kongresach i wymieniamy doświadczenia. I ja wtedy z satysfakcją mogę się pochwalić, że w Polsce nie jest źle, jeśli chodzi o standardy prawne w piłce. Są kraje, które naprawdę mają poważne problemy. Żyłem w Niemczech, Hiszpanii i Grecji i różne rzeczy widziałem.

Jako piłkarz byłeś nierzadko traktowany w Polsce jak arogant. Wiesz, dlaczego?

Dla Polaków byłem Holendrem, a dla Holendrów — Polakiem. Może dlatego. Za aroganckiego byłem odbierany przez polskich dziennikarzy, ale nie miałem z tym wielkiego problemu. Mnie nie zależało, żeby udzielać wywiadów, chciałem grać dla Polski i sprawić, żeby tata był ze mnie dumny. I miałem swoje zasady, które były naruszane. W Niemczech, jak ktoś chciał wywiad, musiał się zgłosić do rzecznika prasowego. W Polsce czegoś takiego nie było i zdarzało się, że reporterzy dosłownie wchodzili na murawę po treningu, nie przejmując się, że jeszcze nie skończyłem zajęć. Pamiętam też jednego dziennikarza, który przyjechał do mnie do Dortmundu i chciał ekskluzywny wywiad. Zgodziłem się. Jednak po meczu wszedł nielegalnie do strefy przeznaczonej tylko dla piłkarzy i ich rodzin. Powiedziałem mu, że nie może tu wchodzić.

Jak to nie wejdę? — odpowiedział.

— No nie wejdzie pan.

— A wiesz, kim jestem?

— Nie wiem, ja tu tylko gram.

— Ja cię mogę zniszczyć w mediach!

Poważnie?

Poważnie. Ja lubiłem się zamykać przed mediami i uważam, że również dzięki temu odnosiłem sukcesy. Tak samo Lewandowski się zamyka, bo chce się skupić na graniu. Ale wiesz co? Nie rozmawiajmy już o dziennikarzach.

Dobra, mam przyjemniejszy temat. W 2007 r. zostałeś absolutnym bohaterem całej Polski. Kraj pokochał cię za gole, które dały nam awans — po raz pierwszy — do mistrzostw Europy. W plebiscycie “Przeglądu Sportowego” na najlepszego sportowca roku zająłeś drugie miejsce, przegrałeś tylko z Adamem Małyszem. Przeszkadzała ci ta popularność?

Nie, a dlaczego miałaby przeszkadzać?

Bo lubiłeś żyć w cieniu.

To prawda, lubiłem trzymać się z boku. Ale mnie to zamieszanie nie przeszkadzało. Bo… nie wiedziałem o nim (śmiech).

Grałem wtedy w Hiszpanii. Po meczu z Portugalią wróciłem do klubu. Podróż trwała długo, z przesiadkami. Trochę wtedy spałem, więc nie zaglądałem do internetu. Na drugi dzień stawiłem się na treningu i koledzy zapytali, jak było na zgrupowaniu. Odparłem, że strzeliłem dwa gole i wygraliśmy, a oni tylko przytaknęli, nie dopytując o szczegóły. Wszyscy już się skupiali na najbliższym meczu ligowym.

Dopiero później zaczęło coś do mnie docierać. Od rodziców. Kupowali gazety, na okładkach których byłem ja. Tyle że ja tych gazet nawet nie widziałem. O tym, że jest jakiś szał na mnie, przekonałem się dopiero za miesiąc.

Euzebiusz Smolarek był wielką gwiazdą Borussii Dortmund. Tutaj hat-trick, jakiego strzelił w Bundeslidze:

Gdy leciałem, dziennikarze już wiedzieli, gdzie wyląduję i o której godzinie. Fotoreporterzy w krzakach leżeli, żeby zrobić mi zdjęcie. Podszedłem do jednego i powiedziałem: “Proszę pana, nie musi pan tu leżeć. Niech pan normalnie podejdzie i zrobi fotkę”. Ale odpowiedział, że nie, bo wtedy nie będzie sensacji, a on za dobre zdjęcie dostanie 1000 zł. Nagrałem sporo reklam wtedy, moja twarz wisiała na billboardach w Warszawie, ale naprawdę nie miałem problemów z popularnością. Potrafiłem się od tego odciąć. Skupiałem się tylko na swoich zadaniach — treningach i meczach.

Click to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Copyright © 2025 USAtalkin