Connect with us

CELEBRITY

– Pochodziliśmy chwilę po Warszawie. Było miło, ale wszyscy gapili się na Martina. Nie dlatego, że go rozpoznawali, bo jeszcze nie byli aż takimi gwiazdami, ale dlatego, że był ubrany w skórzaną spódnicę – relacjonował Igor Czarniawski z grupy Aya RL, który zaczepił zespół w Parku i którego mieszkanie odwiedzili Gore, Dave Gahan i Andy Fletcher. *** Wspominamy pierwszy koncert Depeche Mode w Polsce. Link do artykułu w komentarzu

Published

on

40 lat temu występ na warszawskim Torwarze miał być dla Depeche Mode ostatnim przystankiem na wyjątkowo długiej trasie koncertowej. PRL przywitał ich szarością, kolejkami, nielegalną whisky, słynnymi zapiekankami i tłumem, który znał każdą z granych przez nich piosenek.

Sięgnijmy najpierw kilka lat wstecz. W październiku 1981 roku ukazał się debiutancki album Depeche Mode, a zespół zaczął tournée koncertowe i po programach telewizyjnych. Po latach wspominali, że w tym czasie w zasadzie zgadzali się na wszystko, nawet na śpiewanie w stodole i przytulanie kur. Ta niemalże niekończąca się trasa trwała właściwie od 1981 roku, z przerwami na wizyty w studiu i nagrywanie kolejnych albumów. Zespół bardzo chciał zagrać w Moskwie, Berlinie Wschodnim, Pradze, Budapeszcie i Warszawie i dołączyć do wciąż wąskiego grona tych, którym udało się zajrzeć za Żelazną Kurtynę. Takie doświadczenie gwarantowało bowiem zainteresowanie na Zachodzie. Ostatecznie wystąpili tylko w Budapeszcie i stolicy Polski, bo, jak mówią legendy, Moskwa “wolała Uriah Heep i Modern Talking”, a nie “jakichś wywrotowców”. Warszawa była ostatnim przystankiem na trasie “Some Great Reward”. Był 30 lipca.

Szara Warszawa ich zaskoczyła. “Byliśmy krajem egzotycznym”

Depeche Mode zatrzymali się w Hotelu Victoria. Po drodze z lotniska, jak wspominał Roman Rogowiecki, “patrzyli za siebie, czy przypadkiem jakieś KGB nie jedzie za nami”. – Co tak szaro, czy tu nie ma innej farby? – dopytywał Martin Gore. Mimo tej ponurości PRL-u byli jednocześnie zainteresowani miastem. – Byliśmy krajem egzotycznym, za Żelazną Kurtyną, zupełnie innym niż do tej pory – podkreślał Leszek Gnoiński w radiowej Trójce.

Zespół w stolicy spędził dwie doby i w tak krótkim czasie udało im się odwiedzić Stare Miasto, Rynek, Pałac Kultury, galerię Desa i hotelowy klub, w którym “jakiś dziwny zespół grał dziwną muzykę”. Wybrali się też do klubu Park i zjedli zapiekanki w słynnej budzie w centrum. Przez całą wizytę pilotował ich Roman Rogowiecki. Mogli wędrować swobodnie, bo nie byli jeszcze tak rozpoznawalni. – Pamiętam, że przeszli się Marszałkowską wzdłuż Domów Towarowych Centrum. Co zadziwiające, smakowały im polskie zapiekanki. Trochę się martwiłem, że gdy to zjedzą, może nie dojść do koncertu. Ale Martin Gore był bardzo zadowolony: zjadł i powiedział, że czuje się świetnie – wspominał w rozmowie z “Teraz Rock”.

Pochodziliśmy chwilę po Warszawie. Było miło, ale wszyscy gapili się na Martina. Nie dlatego, że go rozpoznawali, bo jeszcze nie byli aż takimi gwiazdami, ale dlatego, że był ubrany w skórzaną spódnicę – relacjonował Igor Czarniawski z grupy Aya RL, który zaczepił zespół w Parku i którego mieszkanie odwiedzili Gore, Dave Gahan i Andy Fletcher.

Warszawa była całkiem szara, przed sklepami stały kolejki. Pamiętam nasz tandetny hotel z okropnym, ale zabawnym zespołem kabaretowym i establishment pijący wyłącznie nielegalną whisky, […] ale publiczność reagowała bardzo pozytywnie i żywiołowo
– cytuje wspomnienie Alana Wildera “Rzeczpospolita”.

Pierwszy koncert Depeche Mode w Polsce. Torwar pękał w szwach i to dosłownie
Rok wcześniej w Polsce zawitał Iron Maiden, nie sposób pominąć też koncertu The Rolling Stones z 1967 roku, nie było to więc pierwsze takie wydarzenie w kraju. Nie znaczy to, że nie było ważne, szczególnie dla fanów. Ale zdobycie biletów łatwe nie było. Niektórzy w tym celu przyjechali do Warszawy z drugiego końca Polski. Kosztowały 1300 zł i można je było zdobyć m.in. na stoliczku w centrum. Dla porównania za pół litra wódki trzeba było zapłacić 103 zł.

Nawet z biletem nie było jednak pewności, że uda się wejść do środka, sporo zależało bowiem od milicji. Torwar na szczęście okazał się miejscem z gumy, do którego fani wchodzili “drzwiami i oknami” i nie jest to przesada. Ochrona bowiem odbierała bilety na bramkach, a po chwili… ponownie je sprzedawała. Na dodatek pod scenę jakimś cudem udało się dotrzeć osobom, które biletów, nawet tych drugiej świeżości, wcale nie miały, ale tak zakręciły ochronę lub milicjantów, “dały w łapę” albo znalazły inny tajemniczy sposób, że trafiły do środka. Takim sposobem na hali znalazło się niemal 10 tysięcy fanów. Limit wynosił 6 tysięcy. Tak zaczęła się “depeszomania”, która trwa do dziś.

Zazwyczaj Torwar jest kpiną z jakiejkolwiek muzyki i kompromitacją wobec jakiejkolwiek zagranicy, co może byłoby mniejszą rozpaczą, gdyby nie groziło nam, że zła sława tej hali upowszechni się i nikt nie zechce występować w Warszawie […]. Zdumiewające jest to, jak zespół Depeche Mode poradził sobie z tą okropną halą, która potrafi — wydawałoby się — zeszmacić wszystkie dźwięki. Grupa ta nie brzmiała na Torwarze świetnie. Co to — to nie. Jednak mimo wszystko można było jakoś jej muzyki słuchać

– relacjonował Jan Piasecki w “Tygodniku Kulturalnym”. Wedle późniejszych relacji Depeszom na scenie zupełnie “puściły hamulce” i niezmiernie dziwiło ich, że tłumy pod sceną znają każdy utwór. Z Polski zespół nie mógł wywieźć gotówki. Tym razem nie skończyło się na zakupie wagonów wódki (którą Stonesi i tak musieli zostawić w Polsce). Wszystko wydali na pamiątki z tej nietypowej wycieczki, przepuścili w barach i Desie. – Tak naprawdę dołożyliśmy do występów z własnych pieniędzy – wspominali później Gahan i Fletcher.

Click to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Copyright © 2025 USAtalkin