Connect with us

CELEBRITY

Przez błąd lekarza z Krosna potem do końca kariery miał już problem z barkiem. Kariery, podczas której się nie wzbogacił, bo prawdziwe pieniądze dostawali wtedy tylko obcokrajowcy ➡

Published

on

To co z nim zrobili nazwał rzeźnią! Położyli go na kozetce w pokoju zabiegowym i na żywo nastawiali mu bark. Henryk Bem cierpiał, a inny zawodnik ROW-u Rybnik, Andrzej Musiolik patrzył na to z niedowierzaniem i płakał. Przez błąd lekarza z Krosna potem do końca kariery miał już problem z barkiem. Kariery, podczas której się nie wzbogacił, bo prawdziwe pieniądze dostawali wtedy tylko obcokrajowcy. Mimo tego, że przez dekady był gotów umierać za rybnicki klub, dziś na stadion nie chodzi. Przez prezesa Krzysztofa Mrozka. — Ten człowiek oderwał mnie od rybnickiego żużla całkowicie — zdradził Bem.

W pierwszej części wywiadu (TUTAJ) Henryk Bem opowiedział m.in. o początkach swojej kariery, o jeździe praktycznie na golasa i dlaczego w 1991 r. doszło do katastrofy, czyli spadku, ledwie rok po zdobyciu w lidze srebrnego medalu.

Oto druga część:

Arkadiusz Adamczyk (Przegląd Sportowy Onet): Spadliście w sezonie 1991, ale jeszcze przed barażami z Wybrzeżem pojawił się zbawiciel — biznesman Roman Niemyjski.

Henryk Bem, były zawodnik ROW-u Rybnik, trzykrotny drużynowy wicemistrz Polski: (Śmiech). W pierwszej fazie dawał jakąś nadzieję, że będzie powrót do normalności. Szybko się jednak okazało, że będzie podobnie lub jeszcze gorzej. Aczkolwiek wynik sportowy w następnym sezonie był.

Siłą rozpędu zrobiliśmy ten awans, bo na początku Niemyjski konkretne środki zainwestował. Nastąpił też powrót do starego systemu, że zawodnika nie stać na te wszystkie zakupy, że wszystko bierze na siebie klub. To nie jest to, co dzisiaj, że żużlowcy podpisują milionowe kontrakty i w zasadzie prowadzą swoje firmy. Stać ich na teamy, na silniki, przejazdy itd. Niemyjski, z tego co pamiętam, kupił na pewno dwa nowe Goddeny, które dostali Egon Skupień i Adam Pawliczek. Paru innych zawodników otrzymało nowe silniki Jawy. Mnie też się dobrze na Goddenach jeździło, więc dostałem jakiegoś starego, po remoncie. I muszę przyznać, że nawet nieźle się na tym jechało.

Zobacz także:Działacze Unii ocenili serial Canal+. Jedno ich uraziło
Do tego dwie wielkie zagraniczne gwiazdy. Ówczesny indywidualny mistrz świata, który co prawda szybko się połamał — Jan Osvald Pedersen i Amerykanin, Billy Hamill.

Pamiętam mecz ze Świętochłowicami, w którym obaj wystąpili. Zrobili komplety (podobnie jak Mirosław Korbel i Antoni Skupień — przyp. red.) i zdeklasowaliśmy rywali (71:19 — przyp. red.). To było niepotrzebne, a kosztowało niebotyczne pieniądze, których potem, na koniec sezonu zabrakło. Atmosfery dalej nie było żadnej, ale pieniądz zrobił swoje, że coś tam się dało ujechać.

ROW awansował do najwyższej klasy rozgrywkowej, ale Niemyjski z dalszego finansowania się wycofał. Krajowi liderzy, bracia Antoni i Eugeniusz Skupieniowie odeszli, a za środki m.in. z ich transferów klubowi udało się uzbierać pieniądze, żeby wystartować w lidze. Pana nie kusiło, żeby też odejść?

Chciałem odejść już przed sezonem 1992, ale Niemyjski nie chciał mnie puścić. Rok później, po awansie, za bardzo nie miałem takiej możliwości. Nikt mnie nie chciał, bo byłem po ciężkiej kontuzji.

Twardziel to widział i się rozpłakał
No właśnie. W tym zwycięskim sezonie odjechał pan tylko 9 meczów. Przez kontuzję, tak?

Już na początku sezonu, podczas spotkania w Krośnie doznałem złamania barku, którego nikt mi nie zdiagnozował. Po 5-6 tygodniach od upadku próbowałem jeździć, ale nie szło. Ciągle był ból i ból. Jedni nawet mnie podejrzewali o to, że symuluję. W końcu po iluś tam badaniach wylądowałem w szpitalu w Jastrzębiu-Zdroju i tam dopiero lekarz, po kolejnych zdjęciach rentgenowskich, postawił diagnozę. Wtedy nie było dojścia do rezonansu, dzisiaj to by rozwiązało sprawę w ciągu paru dni. Po diagnozie miałem kolejne 1,5 miesiąca leczenia, a pierwszymi zawodami po powrocie, z mojego wyboru, był turniej na tym samym torze, w Krośnie. Wmówiłem sobie, że muszę przełamać jakąś barierę i efekt był taki, że podczas jednego z biegów, ten bark był tak osłabiony, że po prostu go zwichnąłem i upadłem na wejściu w łuk. To było moje pierwsze zwichnięcie, te wszystkie tkanki miękkie były jeszcze elastyczne, nie były pozrywane. Nie można było jednak nastawiać tego na żywo! Niestety trafiłem na takiego lekarza, który to zrobił. W pokoju zabiegowym, na kozetce mnie dosłownie “masażył”. Widział to Andrzej Musiolik, który po meczu mi powiedział: Hajnuś, jo tam był, to widział i normalnie się rozpłakoł. Skoro żużlowcowi, twardzielowi łzy poleciały, to może pan sobie wyobrazić, co oni tam ze mną wtedy wyprawiali. To była rzeźnia! Ten lekarz w końcu mi ten bark nastawił, ale uważam, że to był początek końca mojej kariery.

To był wypadek z mojej winy. Prowadziłem w biegu, ale na wyjściu z ostatniego łuku podniosło mi przednie koło. Myślałem, że opanuję sytuację, ale tego nie zrobiłem. Odbiłem się od płotu, przeleciałem przez linię mety, razem z motorem, jako pierwszy, wygrałem bieg. Pech jednak polegał na tym, że jadący na drugiej pozycji Piotr Styczyński nie miał możliwości zareagować i wpakował się we mnie. Dosłownie mnie przejechał. Miałem ślady z opon jego motocykla od stóp, przez całe ciało, aż do głowy. To, że tam nie doszło do jakiejś tragedii to jest cud. Chyba pan Bóg miał nade mną pieczę.

Zobacz też:Jamróg zdradził, dlaczego wrócił do Rybnika. Kibice Wilków nie będą zadowoleni
W kolejnym sezonie (1993), w I lidze, dobrze pan sobie radził. ROW wprawdzie znów spadł z ligi, ale był pan trzecim zawodnikiem drużyny pod względem skuteczności (1,654 pkt/bieg), po Adamie Pawliczku i Dariuszu Fliegercie.

Już tego nie pamiętam. Wiem, że jakieś dobre mecze tam były. Ta drużyna miała nawet szansę, żeby się utrzymać. Zabrakło nam jednego zwycięstwa, a przesądził mecz z Lesznem, rozgrywany w bardzo trudnych warunkach. Mieliśmy tego dnia kilka idiotycznych biegów. Mnie np. łańcuch spadł. W normalnym, profesjonalnym zespole by się to nie zdarzyło, ale u nas ktoś źle ten łańcuch założył i motocykl mi zdefektował na prowadzeniu. Błąd też popełnił w jednym wyścigu Andrzej Musiolik, który przy prowadzeniu 5:1 wjechał w Darka Fliegerta. Szkoda, bo ostatecznie przegraliśmy tylko 44:46. To spokojne mogło być zwycięstwo na wagę pozostania w lidze.

Po degradacji został pan jeszcze na sezon 1994 w Rybniku, a następnie zdecydował się na przeprowadzkę do Grudziądza. Dlaczego?

W 1994 r. do połowy sezonu w Rybniku było dobrze. Sprzęt jak na II ligę nie zawodził, średnią w całych rozgrywkach miałem niezłą (2,053 pkt/bieg), o barku zapomniałem, ale tylko do meczu w Ostrowie. Wtedy z Larsem Henrikiem Joergensenem jechaliśmy sobie na 5:1, a mi nagle bark wyskoczył. Już wiedziałem co się stało, zjechałem na murawę, a za chwilę Joergensenowi zdefektował motocykl. Z 5:1 zrobiło się 0:5, co zaważyło na wyniku, bo cały mecz przegraliśmy 41:48. Od tego czasu zaczęło się takie schodzenie w dół. Straciliśmy szansę na awans, a ja, ze względu na wiek (32 lata — przyp. red.), zacząłem być takim niechcianym zawodnikiem. Czuło się, że działacze najchętniej by ze mnie zrezygnowali, a jedyną osobą, która się temu przeciwstawiała był trener Gryt. On nie chciał, żeby ktokolwiek odchodził, ale ja czułem podskórnie, że mnie nie chcą, a że nadarzyła się okazja, by w końcu coś na tym żużlu zarobić, to skorzystałem. Jak na dzisiejsze realia to były śmieszne pieniądze, ale jednak. Jak powiedziałem rybnickim działaczom, że mam propozycję z Grudziądza i chcę odejść, to się wręcz ucieszyli.

Sezon 1993: Henryk Bem i Eugeniusz Skupień (wtedy w barwach Polonii Bydgoszcz)
Sezon 1993: Henryk Bem i Eugeniusz Skupień (wtedy w barwach Polonii Bydgoszcz)
Wacław Troszka / Wacław Troszka
A jak to się stało, że razem z Adamem Pawliczkiem trafiliście do GKM-u?

Bo propozycja przyszła dla nas dwóch od ówczesnego prezesa grudziądzkiego klubu. Innych ofert raczej nie było, ale ja też nie starałem się specjalnie, żeby odchodzić z Rybnika. To był przypadek. Po prostu pewnego dnia Adam Pawliczek do mnie zadzwonił i powiedział, że ma ofertę z Grudziądza, a tamtejszy prezes chce też ze mną gadać. Spotkałem się z nim u mnie w domu i piłka była krótka. Zaoferował dobre warunki, jakieś tam pieniądze nawet za samo przejście. O kwotach nie chcę mówić, bo jeszcze ktoś by się mógł zakrztusić ze śmiechu. W każdym razie finalnie tam obaj poszliśmy.

I nawet awans z tym GKM-em wam się udało zrobić do I ligi.

To prawda, ale ja cały czas miałem problem z tym barkiem. To już nie było to. Tam też przydarzyło mi się jeszcze zwichnięcie i na koniec sezonu 1995 musiałem się poddać operacji. Poskręcali mi ten bark na śrubach.

W GKM-ie też wojna na górze
W pierwszym sezonie, w II lidze, średnia była niezła 1,844 pkt/bieg, ale w kolejnym, w I lidze…

… to już był dramat (0,758 pkt/bieg). Nie dość, że byłem po operacji, to jeszcze w klubie wszystko się zepsuło. Nastąpił rozłam między działaczami. Wojna na górze sprawiła, że zespół był podzielony, bo ten był od jednego, a ten od drugiego sponsora. Coś podobnego jak w Rybniku w 1991 r. i efekt był ten sam — spadek. Mój sponsor niby był przy mnie, coś tam finansował, ale nie na tyle, żebym mógł sobie pozwolić na jakieś zakupy sprzętu, bo był w konflikcie z prezesem i z całym zarządem. A to już były czasy, że trzeba było inwestować, nie dało się jechać na starych częściach z warsztatu. Człowiek miał się ścigać z Gollobami, Żabiałowiczem czy zagranicznymi gwiazdami, a nie było na czym!

Ale nie żałuje pan, że trzy sezony spędził w Grudziądzu?

Nie żałuję. W Rybniku już nie było dla mnie przyszłości. Klub upadł wtedy całkowicie i z dnia na dzień by trzeba było kończyć. A tak udało mi się jeszcze trochę pojeździć, innych ludzi poznać. Poza tym, biorąc pod uwagę wiek i problemy z barkiem, wyniki wcale nie były takie najgorsze.

W pożegnalnym sezonie 1996 w GKM-ie wykręcił pan średnią 1,9 pkt/bieg w II lidze i na koniec jeszcze na rok wrócił, już nie do ROW-u, ale do RKM-u Rybnik. Dlaczego?

Bo mój przyjaciel do dziś, a ówczesny prezes, Dominik Kolorz, zabiegał o to. Ja chciałem już kończyć, ale jemu bardzo zależało, żebym wrócił. Może już jakichś fajerwerków nie było, ale parę punktów udało się jeszcze zdobyć (1,606 pkt/bieg). Różowo oczywiście nie było, bo sportowe założenia były takie, żeby awansować do I ligi, a to się nie udało.

Zobacz również: Wielka żużlowa impreza w Ostrowie: Zmarzlik i Kurtz na liście uczestników!
W sumie w swojej karierze zdobył pan sześć medali mistrzostw Polski, a jaki był największy sukces?

Tytuł indywidualnego mistrza Polski, którego nie zdobyłem, bo nie pojechałem na finał (śmiech).

Czuł pan, że mógł tam odegrać znaczącą rolę? Czemu pan nie pojechał?

Przez swój ślub. To był sezon 1985 i pierwotnie był zaplanowany na lipiec. Przez jakieś perturbacje z salą weselną, trzeba go jednak było przełożyć. Teściowa znalazła inny lokal na 14 września. Zgodziłem się, bo cóż mogło się dziać we wrześniu? Liga już się przecież wtedy kończyła. Tymczasem okazało się, że na 15 września w Gorzowie Wlkp. zaplanowano finał IMP. Mi zaś bardzo dobrze szło i udało się tam awansować, wygrywając półfinał w Toruniu. Bez fałszywej skromności uważam, że byłem jednym z kandydatów do medali. Człowiek jednak był młody i głupi, myślał, że takich szans będzie więcej. Poza tym wtedy był taki zwyczaj, że wesela trwały dwa dni i nie chciałem zostawiać świeżo poślubionej małżonki samej na poprawinach. Stwierdziłem, że odpuszczę sobie, a za rok to sobie odbiję. I za rok rzeczywiście był finał, ale nie miałem już tej formy, zająłem jedno z ostatnich miejsc. Na dodatek tor w Zielonej Górze był ekstremalny. Nie tłumaczę się, bo wszyscy jechali na takim samym, ale ewidentnie był zrobiony pod Macieja Jaworka. Błoto po kolana. Ja i wszyscy inni, którzy startowali na Goddenach, nie mieli tam czego szukać.

Click to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Copyright © 2025 USAtalkin