Connect with us

CELEBRITY

🔴 20 lat temu dach hali MTK w Katowicach zawalił się pod ciężarem śniegu, zabijając 65 osób i raniąc wielu uczestników wystawy gołębi pocztowych 😔 Tragedia pozostaje jedną z największych budowlanych katastrof w historii Polski 💔

Published

on

Zwały śniegu, żelastwa i pośród nich uwięzieni ludzie, którzy wołali o pomoc. Tam byli jego dwaj bracia. Wracamy do wstrząsającej relacji szefa pogotowia Aleksandra Malchera, który ratował uwięzionych pod zawaloną halą Międzynarodowych Targów Katowickich. Mija 20 lat od katastrofy, w której zginęło 65 osób, a 140 zostało rannych. Podczas wystawy gołębi pocztowych zawalił się dach hali. W środku było 700 osób.

Przypominamy tekst o tragedii MTK. Pierwotnie rozmowa ukazała się 28 stycznia 2023 r.

Armagedon, powtarzał pan Aleksander Malcher, który jako szef pogotowia ratunkowego w Pszczynie brał udział w akcji ratunkowej. Wśród śmiertelnych ofiar byli jego dwaj bracia: Andrzej (†52. l) i Zbigniew (†37. l).

Świat nam się zawalił wraz z halą

– przyznał.

Pan Aleksander nie mógł się z tym pogodzić.

Wychowaliśmy się razem, Andrzej najstarszy brat i najmłodszy Zbyszek, byli hodowcami gołębi

mówił pan Aleksander.

W rozmowie z “Faktem” wspominał zdarzenia sprzed lat.

Bracia wybierali się rok wcześniej na wystawę, ale plany pokrzyżowały im skoki narciarskie w Zakopanem. Dlatego postanowili, że jadą w 2006 r. Najstarszy brat Andrzej był rzeźnikiem z zawodu. 28 stycznia wrócił z pracy o drugiej w nocy. Przygotował posiłek pieskowi. Powiedział mamie, że jedzie z bratem na wystawę gołębi do Chorzowa.

Andrzej mieszkał na piętrze z mamą, najmłodszy brat z żoną i dzieckiem na parterze rodzinnego domu

– tłumaczył pan Aleksander.

Zbyszek pracował jako ratownik w pogotowiu. Grywał też w zespole muzycznym. Przyjechał o piątej rano ze studniówki.

O mały włos nie pojechaliby. Zaspali. Zbyszek zbudził się o ósmej, skoczył na nogi, pobiegł na przystanek, a tam na przystanku wszyscy stali, bo autobus nie przyjechał. Był siarczysty mróz, silnik nie odpalił

– opowiadał pan Aleksander.

O czternastej Andrzej ze Zbyszkiem mieli wracać do domu. Przyjaciel z Brzeszcz i hodowca gołębi, zaproponował im, że podwiezie ich samochodem. O godz. 17.15 dach hali MTK runął pod naporem śniegu.

Wszyscy przy stole, gdzie siedzieli, ocaleli. Tylko moi bracia zginęli

– mówił pan Aleksander.

Dziesięć metrów ode mnie ratowali braci
Aleksander Malcher jako dyrektor pogotowia w Pszczynie został włączony do akcji ratunkowej.

Przyjechałem na miejsce i pomyślałem: o co to halo. Budynek stoi, ściany stoją, wszystko na swoim miejscu. Wszedłem do środka… Nogi mi się ugięły. Ogromna ilość stali, słychać było jęki ludzi, ogromne ilości śniegu, sterty lodu jakby lawina przeszła

– opowiadał.

Nie dopuszczał myśli, że bracia nie żyją. Był przekonany, że na pewno kogoś ratują.

Nie przyszło mi do głowy, że 10 metrów ode mnie wyciągają moich braci

– głos mu się załamał.

Zbyszka ratownicy wyciągnęli około 18, w drodze do szpitala zmarł. Andrzej był ostatnim żywym, którego znaleziono pod gruzami. Była godz. 22. Trafił do szpitala w Katowicach Ochojcu. Tam zmarł.

“Panie Boże, tylko nie oni”. Potem tylko ciała
Pierwszy cios przyszedł o godz. 1.30.

W nocy dostałem telefon: Zbyszek nie żyje. Usiadłem sobie na tym śniegu w hali. Po minucie uznałem, że to nieprawda, bo bracia nie wzięli dokumentów ze sobą, bo bali się kieszonkowców na targach. Znałem procedury związane z identyfikacją, najbliższa rodzina ma przecież to potwierdzić. Nikt z domu nie jechał identyfikować ciał. Nie wierzyłem w to i pracowałem. Do godz. 23 wyciągaliśmy żywych, potem tylko ciała. Były układane na zewnątrz hali, dopiero później postawiono namiot, gdzie ciała znoszono. Wszyscy byli podobni. Jeden nieboszczyk podobny do drugiego. Ciężko było ich rozpoznać, mnóstwo było ciał. Szukałem, sprawdzałem, czy to nie są moi bracia. Dopóki zmarli nie byli w workach, szło jakoś. Potem otwierałem worki. Przy każdym ciele powtarzałem: Panie Boże, tylko nie oni

– wspominał.

W tym czasie, gdy pan Aleksander był w hali, najbliżsi szukali braci po szpitalach.

W Ochojcu powiedzieli, że jest facet wyglądający na 30 lat, a nie 50. Siostra nalegała, żeby pokazać ciało mężczyzny. Odsłonili je, to był Andrzej. Lekarze powiedzieli, że zmarł na stole operacyjnym

– mówił pan Aleksander.

Telefon Zbyszka dzwonił non stop.

Tego nie można było wytrzymać, opowiadali mi ratownicy

– przyznał pan Aleksander.

W końcu policjant, który pilnował ciała, odebrał telefon. Powiedział, że Zbyszek nie żyje.

To są straszne przeżycia, pokazują jakie życie człowieka jest kruche. Dają niesamowitą szkołę jak ludzie powinni się zachowywać wobec siebie, bo za chwilę nie będziemy się widzieć. W tym pędzie nie zauważamy tego, to jest problem naszego świata – zastanawiał się pan Aleksander.

Bracia po śmierci nawiedzali rodzinę.

Mnie każdego dnia przez dwa lata po tragedii śnił się najmłodszy brat. Różne rzeczy mi opowiadał. Bracia po domu chodzili, gołębie karmili. Drzwi się otwierały, cuda wianki się działy. Cała rodzina siedzi w domu i ma przewidzenia, to było niemożliwie. Słychać było, jak sobie chodzą po strychu, gwiżdżą na gołębie, sypią zboże gołębiom. W końcu po konsultacji, musiałem coś z tym zrobić. Uznałem, że na miejscu zdarzenia będzie odprawiona msza. Uzyskałem pozwolenie biskupa, rozbiliśmy w rocznicę katastrofy namioty. Po mszy nie odwiedzili nas już ani razu

– dodał Malcher.

To byli zwykli ludzie, nie ofiary katastrofy smoleńskiej
Helena Malcher (†87. l) zmarła w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia w 2022 r.

Straciła dwóch synów. Mama nie doczekała sprawiedliwości

– mówił Aleksander.

Nie opuściła żadnej uroczystości upamiętniającej ofiary katastrofy. Nigdy jednak nie poszła do sądu walczyć o odszkodowanie za śmierć synów.

Rodziny, które zostały poszkodowane muszą stawać przed sądami, by uzyskać zadośćuczynienie. Uważam, że to uwłaczające. Dla mnie to żadna sprawiedliwość. Były inne katastrofy i co. Jedni muszą stawać przed sądami, drudzy nie muszą. Nie powinno być dwóch kategorii społeczeństwa

– stwierdził w rozmowie Aleksander Malcher.

Państwo zostawiło te osoby same sobie. To byli zwykli ludzie, a nie osoby prominentne, czy działacze partyjni. Wypłaty w katastrofie smoleńskiej były bardzo duże, tutaj o każdą złotówkę trzeba walczyć i udowadniać, że ta złotówka się należy

– stwierdził Marcin Marszołek ze stowarzyszenia Wokanda, które pomagało rodzinom ofiar hali MTK.

Osoby winne zaniedbań i odpowiedzialne za katastrofę dostały rażąco niskie wyroki: od roku do 9 lat więzienia.

Aleksander Malcher na terenie byłych hal targowych MTK jest kilka razy w roku.

Przyjeżdżam tam. Od razu w mojej głowie włącza się film. Widzę zawaloną halę i uwięzionych ludzi. Dla mnie to święte miejsce

– podkreślił.

Click to comment

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Copyright © 2025 USAtalkin